Stalowoszara koperta, las, wilki. W książeczce teksty i krótka historia każdej piosenki. Folder otwiera fotografia Mieczysława (Roja) Dziemieszkiewicza, wiosna 1948. Słuchałem rano po cichu, bo dom spał. „Myśmy rebelianci. Piosenki Żołnierzy Wyklętych”, DePress.
-
Pogarda? Tak. I słabość
piątek,22 stycznia 2010,14:04
kategoria: Ogólne
Zacznę od fragmentu poprzedniej notki, który trochę umknął uwadze moich Szanownych Czytelników.
ps. Jeszcze a propos naszego kochanego państwa medialno-kolesiowskiego. Od kilku dni mieszkańcy okolic Olkusza pozbawieni są prądu. Słupy się przewróciły. Naprawa ma potrwać około miesiąca. Ludzie jeżdżą do swych krewnych do miasta, żeby zrobić pranie, wykąpać się, itp. Nieźle, nie? A przypomnijmy że duża część sieci energetycznej w Polsce jest jeszcze z lat 70-tych, więc to się będzie powtarzać i powtarza w różnych regionach nasego kraju-raju. I tu znów refleksja: no i kogo obchodzą jacyś tam Polacy z Polski B? Polacy drugiej albo i trzeciej kategorii? Żaden helikopter czy inny trolejbus wiodących mediów do nich nie przybędzie. Co innego panie dzieju, jak w Warszawie źle ustawiona kamera sugeruje, że Stolyca jest nieoświetlona. To jest, motyla noga, news dla jurodiwych z TVN24. No bo oni muszą być jurodiwi przeca… tacy święci, a nie normalni, idioci. Bo oni najpewniej chcieli w ten sposób pokazać polskie bolączki. Happening zrobili znaczy się. I za to ich lubię i chętnie dałbym im się pocałować. Gdzie wzrok nie sięga. Rzekłem.
Teraz w dobrym tonie powina być jazda na TVN, mainsteam i wuj wie jeszcze kogo. Ale nie. Mam pytanie: czemu komentarzea pod oryginalną notką dotyczyły jednie RPO? I drugie: Czy My, borba ogólnie mać, interesujemy się jedynie tzw. polityką? Tak zwaną polityką, piszę tu o chlipaniu w klawaturę entego tekstu, że układ. Michnik i wuj nasz powszedni. A potem do pracy. I do domu. I chyba jest tak samo, bo nic się nie zmienia.
OK, rozumiem, pewne pytania trzeba zadać. Te głębokie. Ale kiedy trzeba będzie w końcu zadać te prostsze? Dlaczego nasi rodacy z okolic Olkusza nie mają prądu? Jak mają mieć szóstkę dzieci, albo i siódemkę, jeśli norma społeczna i społeczne realia wymuszają na nich, np. dwójkę? Dlaczego zarówno modna lewica, jak prawica koncetruje się na ogół na kwestiach okołopupnych? I cały ten, że tak powiem, duskurs społeczny, to jest gadanie o tym, co i komu wolno w temacie – pardon – DUPY.
DUPA i DODA i jeszcze Polska nie zginęłą. I powiem to Wam, Drodzy: jeszcze więcej o dupie i Dodzie, a z pewnością będziemy wybierać lepszych polityków, będziemy rozmawiać o trudnych tematach, będziemy się wzajem szanować.
Sto, dwieście lat. Jak nie lubię liberałów, tak zgadzam się z Bartkiem Kachniarzem. "Dajcie nam sto lat". Ale kto wychowa Polaków przez ten czas?
To jest mój kłopot z mesjanizmem i polskością też. Że "och" i "ach", a na codzień kto chce ma nas w DUPIE. Jednych za lepsze, innych za gorsze pieniądze.
Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Dumny z polskości. Ale z drugiej stron czasem zagryzam wargi i mam ochotę bliźniemu swemu (bez wzgędu na opcję) dać w pysk. Moja Mama większość życia poświęciła ucząc dzieciaki języka polskiego. Dz ieciaki z mojego pokolenia i młodsze też. I te dzieciaki zaczęły wyjeżdżać z tej III, wolnej i fajnej III RP. Bo nie było dla nich pracy w po-PGR-owskiej wsi, bo mieli dość Polski małomiasteczkowej, bo nawet po studiach widzieli, że są dymani przez ludzi, których poza akcjami PR nic nie obchodzą, bo…
Moja złość wobec elit nie wynika z tego, że reprezentują światopogląd inny od mojego. Kto mnie trochę zna wie chyba, że cudze światopoglądy mnie nie rażą. Moja złość, choć lepiej mówić o wściekłości wynika z tego, że to są chyba straszni ludzie. Bo można uprawiać najstarszy zawód świata z biedy. A można też dla luksusu. To drugie jako lewicowca mnie przeraża.
PS. Rzeczona poprzednia notka: http://consolamentum.salon24.pl/150939,czy-rpo-jest-jurodiwyj
-
Gdzie były służby?
wtorek,15 grudnia 2009,15:42
kategoria: Polityka
Nie zamierzam znęcać się nad senatorem Piesiewiczem, bo w jego życiu stało się coś złego, co tak po ludzku budzi współczucie i żal. Jest jednak w tej sprawie pewien aspekt, na który warto zwrócić uwagę.
Właściwie temat notki podsunęli mi znajomi na facebooku. Pozwolę sobie zacytować ich wypowiedzi:
Do tego [sprawy Piesiewicza – KW] dochodzi jeszcze jednak sprawa. To właściwie porazka naszych służb. Jesli Senator RP jest szantażowany, to znaczy, że ktoś na niejawnym etacie nie dopełnił swoich obowiązków. A jeśli nie dopełnił, to naraża państwo na spore ryzyko.Wolę nie myśleć, czy Piesiewicz miał certyfikat dostępu do informacji niejawnych. Jeśli miał, to ABW dała ciała…
Moja króciutka odpowiedź: - Gorzej, jeśli oni o tym wiedzieli… to by już była tragedia.
I kolejny głos: – Służbypewnie dobrze wiedziały. I niewykluczone, że wiedza o tych materiałach była wiedzą operacyjną z pierwszej ręki.
Właśnie, problem ze "sprawą Piesiewicza" nie jest jedynie brukowym skandalem, ale każe postawić pytanie o sposób funkcjonowania polskiego państwa w dziedzinie nader wrażliwej: obronności i zabezpieczenia jego interesów. Ze strony służb mielibyśmy do czynienia albo z niedopełnieniem obowiązków, albo własną grą, prowadzoną dla sobie wiadomych celów. Nie jest żadną tajemnicą, że nie tylko pod tą szerokością geograficzną różne resorty lubią prowadzić własne gry. Im słabsze i skorumpowane jest państwo, tym możliwości większe.
Równocześnie, w rozmowie z dziennikarzami PRESS Paweł Lisicki, naczelny "Rzeczpospolitej" przyznał, że jego gazeta także otrzymała wcześniej propozycję zakupu materiałów "na Piesiewicza". Lisicki mówi PRESSOWI: – Nie zdecydowałem się na ich zamieszczenie, bo materiały przedstawiały Piesiewicza w sytuacji prywatnej, która nie nosiła znamion łamania prawa. Mi się to nie podoba, ale różna prasa rządzi się swoimi prawami i takie gazety jak ”Super Express” czy ”Fakt” poszukują sensacji prywatno-obyczajowych.
Całość tutaj.
Odpowiedź właściwie całkiem sensowna, ale zawsze można pobawić się teorią spiskową. "Rzeczpospolita" wiedziała, że jeśli opublikuje takie materiały, to będzie musiała wgłębić się w temat solidniej niż "SE". I że będzie musiała postawić także te pytania, które na fb zadali moi znajomi. A to już jest pewien problem i kłopot chyba dla każdej redakcji. Łatwiej więc było udać, że rzecz tyczy tylko "obyczajówki"…
Mam jednak wrażenie, że przedstawianie tej kwestii tylko w kontekście obyczajowym, w świetle powyższych pytań, jest zamazywaniem problemu. A kwestia: gdzie były służby? jest jak najbardziej zasadna.
-
Seks, cukier i wieszanie
wtorek,8 grudnia 2009,12:34
kategoria: Polityka
Z mówieniem/pisaniem o wieszaniu po-PRL-owskich decydentów jest dziś trochę tak, jak z seksem przez telefon, albo lizaniem cukru przez szybę. Niby mamy wtedy i seks i cukier, ale w gruncie rzeczy ani jednego, ani drugiego.Od gadania o wieszaniu żaden znany nam z tzw. wielkiej historii post-PRL-owski włodarz chyba się gorzej nie poczuje.Skąd u mnie, który swych czytelników nie rozpieszcza taką tematyką, to nagłe zainteresowanie kwestią?Oglądałem wczoraj ostatni odcinek „Gier wojennych”, poświęconych pułkownikowi Kuklińskiemu. W pewnym momencie Czesław Kiszczak stwierdził, że oni, władza, mieli swoje wtyki w najwyższych kręgach decyzyjnych „Solidarności”. Właściwie dla każdego, kto ma wiedzę troszku większą, niż ta z uroczystych akademii ku czci, jest to oczywiste. Interesujące było coś innego: wyraz twarzy Kiszczaka, gdy to mówił: takie przeogromne zadowolenie, niemal pycha. I ta radość, że mówi to do kamer… I że to pójdzie na całą Polskę.Uderzyła mnie myśl: jasna cholera, przecież ludzie jego pokroju, gdy nie widzi ich światło kamer, gdy są we własnym, doborowym towarzystwie, oni się z nas wszystkich mogą do woli natrząsać. Mogą się naśmiewać z tego wszystkiego, co się stało i dzieje, bo są praktycznie bezkarni. Mogą bić się ze śmiechu po kolanach i rechotać do woli (byle im żyłka nie pękła).Robili z Polską co chcieli przez dziesięciolecia. Robili co chcieli przed Okrągłym Stole, w trakcie i chwilę później pewnie też. Mieli koncesjonowaną opozycję (pobłogosławioną nie tylko w Magdalence przez Kościół), megalomana Wałęsę, który coś tam wyciągał ze swoich teczek jako prezydent IIII RP, mieli własnych ludzi szkolonych przez Fundację Fullbrighta, mieli młody narybek, dla którego szyto mundurek europejskiej socjaldemokracji (przy okazji pozbywając się konkurencji). I mogli śmiać się w kułak. I doczekali takiej chwili, że Kiszczak (zresztą nie on jeden) może oficjalnie, przed kamerami TV powiedzieć z wielkim ukontentowaniem, że mieli wtyki w „Solidarności”. Co to znaczy, nikomu nie trzeba tłumaczyć: świnili, korumpowali, łamali ludzi, rozwalali rodziny… Ot, operacyjne gry i zabawy.Już nie wspomnę o tym, że za to, co zrobili z gospodarką w samym tylko stanie wojennym każdy z nich powinien dziś siedzieć goły i wesoły pod celą. Stanu wojennego właściwie nie pamiętam, krótkie przebitki pamięci małego dziecka; moim Rodzicom, wtedy obojgu na utrzymaniu budżetówki, kojarzy się z kompletnym brakiem niemal wszystkiego, ale mojemu Teściowi, wówczas w zakładzie pracy na Śląsku, z nieustannymi przerwami w robocie, z jakimiś smutnymi panami włóczącymi się po halach, z dziwnym, wymuszonym ręcznym sterowaniem wszystkim nieróbstwem i tumiwisizmem. Bo to żadna kontrrewolucja nie rozpierniczyła wtedy Polski w drobny mak, ale atmosfera strachu i przygnębienia, olbrzymi, psycho-społeczny knock-out, urządzony właściwie po to, żeby ci panowie mogli sobie jeszcze trochę porządzić…Z drugiej strony, tego samego Kiszczaka, albo gen. Jaruzelskiego widzimy czasem na sali rozpraw sądowych. Jakie oni mają wtedy miny: cierpiących staruszków, przygniecionych olbrzymim brzemieniem historii, odpowiedzialności i czego tam jeszcze w takich okolicznościach trzeba, by wyjaśnić swoje racje. Myślałby kto, że to jacyś, używając eufemizmu, w tyłek klepani Wallenrodowie na miarę PRL.Wracając do seksu: jako ostatnie życzenie skazańca. Kostka cukru do cienkiej herbatki. A reszta niech będzie milczeniem…Ktoś zapyta: ale za co? Za ten wstrętny uśmiech na twarzy Kiszczaka. Że co, że za mało? Pewnie tak, ale szlag mnie trafił.
-
Posłanka Joannna od wampirów
sobota,5 grudnia 2009,12:26
kategoria: Polityka
Pop-polityka to taka zabawna dziedzina, która daje tzw. „klasie politycznej” możliwość docierania do nas typowo rozrywkowymi kanałami (dez)informacji. Kiep, kto nie skorzysta…
Posłanka Senyszyn straszy lud pracujący miast i wsi z okładki grudniowej MACHINY. Dla przedstawicielki post-PRL-owskiej lewicy zajęcie jak znalazł, w sumie. Ale nie o tym chciałem.Wywiad z Joanną Senyszyn w MACHINIE otwiera krótka prezentacja. „Obrończyni praw zwierząt, gejów i feministek”. Tak w oryginale. Nie wiem co na to Robert Biedroń, albo Kazimiera Szczuka, ale to się chyba fachowo nazywa faux pas? W każdym razie koń by się uśmiał. Ale widać gdzie z Senyszyn gadają, tam kozy kują. Dość.Później już wywiad, którego nie chce mi się streszczać. A następnie okazuje się, do czego wstępem była europosłanka Senyszyn. Do artykułów z wampirami. Wampiry w pop-kulturze i historii, taki tam machinowy misz-masz.Może da się z tego wyciągnąć jakieś głębsze wnioski. Tylko po co? Jaka jest Joanna Senyszyn, każdy widzi. Z wampirami jej do twarzy. Zamiast podsumowanie fragmencik z nader zajmującej książki. Autor: Erberto Petoia, rzecz nazywa się Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności (Universitas, Kraków 2004): „Wampiryzm, pomijając podobieństwa z wilkołactwem, bezpośrednio łączy się z wyobrażeniami o śmierci. To właśnie wyobrażenia śmierci, a nie narodzin, stanowią zakres etiologii wampiryzmu, zwłaszcza koniec, którego tak bardzo się obawiano, generalnie bywa określany mianem „niedobrej śmierci” (jest nią: gwałtowne zabójstwo, samobójstwo, utonięcie, śmierć nieochrzczonego niemowlęcia, śmierć rodzącej, aby poronić, itp.)”.Cóż dodać… -
Krzyż, albo o domu
piątek,27 listopada 2009,10:31
kategoria: Wiadomości
Dziś też chciałem polewaczyć, ale po drodze ze sklepu wstąpiłem na chwilkę do pobliskiego kościoła. A później, w alejce przyszedł mi do głowy zupełnie inny pomysł.
Już kiedyś pisałem, że jestem z rodziny agnostyckiej. Nie wojującej, szajbusowo-antyklerykalnej ale takiej trochę sceptycznie-ironicznej z widocznymi gołym okiem skutkami PRL-owskiej indoktrynacji na rodzicielskich studiach. Równocześnie moja Mama zawsze pilnowała, żebyśmy z bratem robili na chlebie znak krzyża przed pokrojeniem. Wyjaśnienie tej sprzeczności było dla Mamy proste: tak ją uczyła jej Matka i tak ma być.
I to było dziwne, bo z jednej strony był ten krzyż na chlebie, a z drugiej wojenki z proboszczem, że Krzysiu, nauczycielskie dziecko, daje innym zły przykład, bo nie chodzi na religię. Bo religii w szkole doczekałem dopiero w siódmej, albo ósmej klasie. Zresztą, nie były to jakieś straszne wojny, proboszcz, ks. Migalski, szanował Mamę, Mama nigdy nie miała oporów, żeby robić z dziećmi jasełka, pomagać przy przygotowaniu kolejnych roczników wiejskiej parafii do I komunii (spokojnie, nie wykładała dogmatów laicyzmu, tylko uczyła okolicznościowych wierszyków i jak czytać pierwsze, drugie czytanie, żeby ktoś coś zrozumiał).
Zresztą, o śmierci księdza Migalskiego dowiedziałem się właśnie od Mamy. Mam to w swoim pamiętniczku z tamtych czasów: "Ksiądz Józef Migalski nie żyje, jeśli możesz przyjedź jutro na pogrzeb do Brodnicy o 16.00". Zapis: 16:28, 30 XI, 1999. Tu wyjaśniam, że mowa o Brodnicy Śremskiej. Ładna wieś, za kościołem jest pusty grób Józefa Wybickiego.
Nie mogłem, nie pojechałem. Może dodam, że ks. Migalski był surowym kapłanem. I miał tę przykrą dla wielu wtedy cechę, że nie zadawał się towarzysko z lokalnymi komuchami. Jak się skończył PRL to zrobił aferę, bo jakoś tak mało entuzjastycznie zareagował na ich nawrócenia i wypomniał im w kazaniach parę spraw. Jeden miejscowy komuch tak się wtedy obraził, że zaczął jeździć na niedzielną Mszę do pobliskiej parafii, bodaj do Żabna.
Następcy ks. Migalskiego wkurzali się, że wcześniej nie zrobiono remontu. Ja ich rozumiem, bo kościół piękny i szkoda by go było. Ale ks. Migalski miał widać swoje racje. Wybrał zgodę z własnym sumieniem.
Wzięło mnie na wspominki, notka się niebezpiecznie rozrasta.
Natomiast Tata popełnił jeden i to poważny błąd: wysyłał mnie na Mszę na 9 rano wtedy, gdy coś przeskrobałem. A w tym czasie szedł "TELERANEK". Do dziś nie lubię Mszy na dziewiątą.:-)
*
Na chlebie nie robię dziś znaku krzyża przed pokrojeniem, bo kupuję krojony i zafoliowany.
Moi znajomi, tradsi, robią znak krzyża przed każdym posiłkiem.
Krzyż jest wpisany w Polskę heroiczną, jako symbol walki o słuszną sprawę. Popatrzcie na zdjęcia z ostatniej peregrynacji pod wodzą Krzysztofa Leskiego.
Krzyż, jak uczyła mnie Mama, jest znakiem szacunku wobec pracy, trudu ludzkiego i chleba. Niech się święci!
Krzyż święty w miejscach publicznych przypomina o wielu sprawach z Polską związanych. Przypomina mi o sprawach z mojego życia i o historiach z Polski rodem. Polacy chcą się określać także przez ten krzyż, jako własny znak i nic nikomu do niego. Eurokratom unijnym, propagandystom nowego świata nic do krzyża. Żeby nie powiedzieć mocniej.
-
Majonez anty-Babuni
czwartek,26 listopada 2009,13:57
kategoria: Polityka
W dobrym tonie u lewaków jest raz po raz ponarzekać na korporacje. Wypada zatem i mnie. Tym bardziej, że muszę jakoś uspokoić sumienie po wizycie w EMPIKU gdzie jak jakiś (za przeproszeniem) leming, wszedłem po "Kalambury" Pustek a wyszedłem z nowym RAMMSTEINEM i albumem "Gajcy". No leming, bez dwóch zdań. Ale obiecuję, że na korporacjach się nie skończy.
Zacznijmy od cytatu z "NO LOGO" Naomi Klein (to ta alterglobalistka, której nie lubią w GW)
"W latach 80. dziewiętnastego wieku własny znak handlowy otrzymały produkowane masowo zypy Campbella, marynaty H.J. heinza czy płatki zbożowe Quaker Oats. Według Ellen Lupton i J. Abbota Millera, historyków i teoretyków wzornictwa, logo projektowano w ten sposób, by wywołać wrażenie familiarności i swojskości, co miało służyć nowej, niepokojącej anonimowości towarów, sprzedawanych w gotowych opakowaniach. "Dobrzy znajomi, tacy jak Doktor Brown, Wujek Ben, Ciotka Jemima i Old Grand-Dad (Stary Dziadunio), przyszli zastąpić sklepikarza, który tradycyjnie pełnił rolę osoby odpowiedzialnej za odważanie przechowywanych luzem towarów i zachwalanie ich zalet…Zestaw znanych w całym kraju nazw handlowych zajął miejsce drobnych lokalnych sklepikarzy, przejmując rolę łącznika pomiędzy konsumentema a produktem". Gdy produktom przydzielono już własne nazwy i charaktery, reklama stworzyła im trybunę, z której mogły przemówić bezpośrednio do swojego potencjalnego nabywcy. W ten sposób narodziła się korporacyjna "osobowość", nazwana, opakowana i reklamowana w swój wlasny, unikalny sposób".
Proste i oczywiste. Ale działa. Bo kto z nas, gdy mu postawić przed oczyma słoik z napisem "MAJONEZ ZWYKŁY, STOŁOWY" i drugi z napisem "Majonez Babuni" nie skłoni się ku drugiemu produktowi? Oba mogą przejść ten sam proces produkcyjny, niczym się nie różnić… ale ta Babunia, Babcia, ten ulotny aromat dzieciństwa, czegoś dobrego, smacznego, swojskiego, czy co tam jeszcze chcecie.
Oczywiste jest także to, że reklama nie ma nas poinformować o faktycznej jakości danego produktu, ale sprawić, że będzie się on nam wydawał godny nabycia. Właściwie z tym samym mamy do czynienia w tzw. polityce. I to także działa. Szeregowy konsument infotainmentuw gruncie rzeczy wie niewiele o tych, na których stawia. Z reguły także nie wiele go tak naprawę obchodzą. Tym tłumaczę sobie bardzo szybkie wolty wyborcze Polaków: tożsamość, ugruntowana lojalność polityczna jest czymś rzadkim, polityka dla zwykłego czlowieka to pobieżnie przejrzana gazeta (o ile!), wysłuchane/obejrzane do kolacji wiadomości, może jakiś skrót informacyjny, do tego publicystyka, czyli de facto show, które z zasady więcej zaciemnia, niż wyjaśnia.
Bo też konsument (dez)informacji jest na samym dole tej struktury.
Gdyby przyjąć podział gnostycki:
- pneumatycy (ci, którzy są wybrani, dysponują pełnią wiedzy);
- psychicy (ci, którzy są predestynowani, ale z pewnych przyczyn nie dostąpują pełnego poznania);
- somatycy/hylicy (tzw. "ciemny lud", który wszystko kupi);
to
- na samej górze mamy wąską grupę towarzysko-polityczno-medialnie-biznesową (pewnie coś przeoczyłem), która trzyma rękę na pulsie rzeczywistości i może sobie jak ten demiurg chichotać nad światem… Tylko proszę mi nie mówić, że to teoria spiskowa.:-)
- niżej grupę pośredników (od świetnie płatnych publicystów i pierwszych twarzy mediów do szeregowych media workers, których wiedza i zdolność opisu świata bywa gorsza niż większości z nas, niebieskich blogerów); ale tutaj są także np. blogujący politycy, którzy mówią nam tyle ile chcą/mogą/potrafią powiedzieć. Sądząc po intelektualnych wykwitach niektórych, to nawet jeśli chcą, nie potrafią.;-)
- u podstaw tych, którzy są informowani/bombardowani/indoktrynowani.
Tu trzeba dodać, że Internet (choć oczywiście nie tylko on) tworzy pewien wyłom w tej strukturze. NIe wiadomo tylko, na jak długo…
No i oczywista, w każdej z grup także występuje jeszcze stratyfikacja.
W każdym razie różne formy PR, marketingu politycznego, sztuczek jakimi karmią nas spece od coraz szybciej rozwijających się gałęzi manipulacji mniemaniami mas powodują, że cały ten zgiełk wydaje nam się swojski (i rzetelnie opisujący świat). Ba, to wszystko wydaje się nawet smaczne. Choć to przeca majonez anty-Babuni.
-
Wolność i obojętność
środa,25 listopada 2009,16:25
kategoria: Ogólne
Czas jakiś temu przejeżdżałem tramwajem od Bronowic do przystanku przy teatrze Bagatela. Był to dzień, w którym Adam Michnik miał otrzymać honoris causa Uniwersytetu Pedagogicznego.
Przy przystanku UP kątem oka dostrzegłem jakieś zamieszanie. Okazało się, że kilkanaście osób zgromadziło się przy transparencie (tektura, czarne litery) wyrażającym protest wobec uhonorowania Nad-Redaktora. Wokół stała młodzież. Kilku policjantów. Ktoś robił zdjęcia telefonem komórkowym. Pomyślałem, że to nawet spory tłumek, ale po chwili spostrzegłem że ci mlodzi bynajmniej nie protestują. Obserwowali, śmiali się, po chwili odchodzili coś komentując, ktoś wbiegł w ostatniej chwili do tramwaju…
Ci starsi, z transparentem, coś tam gniewnie mówili. Ale ich nie slyszałem. A ci młodzi po prostu mieli zabawę, chwilę rozrywki.
Kilka lat temu, w gmachu Instytutu Filozofii na ul. Grodzkiej siedziałem w sali na zajęciach z flozofii transcendentalnej bodajże. W każdym razie zajęcia prowadził prof. Jan Hartmann (ten sam, co na salonie24 występuje w zielonych barwach "Liberte!"). Nagle zrobił się mały szumek bo przez jak zwykle nieszczelne okna sali, wychodzące na dziedziniec z widokiem na kościół św. Piotra i Pawła, dały się słyszeć odgłosy przechodzącego pochodu. Ruch trwał chwilę, a po chwili wróciliśmy do słuchania wykładu Prof. Hartman zamilkł, popatrzył na nas i powiedział mniej więcej tak: "Co, nie interesuje was to? To dobrze, to jest wasza wolność"…
Nie były to słowa wypowiedziane z cynizmem, sarkazmem czy politowaniem wobec nas, którzyśmy urodzili się na tyle późno, by nie pamiętać strajków powiedzmy z końca lat 80-tych. Po prostu: stwierdził fakt: to jest wasza wolność, wolność do obojętności, prawo do bycia niezainteresowanym.
Myślę dziś o tych dwóch wydarzeniach i staram się wyciągnąć wnioski. Studenci UP, których nic w zasadzie nie obchodzilo, że ktoś tam, starszy od nich, protestuje przeciw Michnikowi. I my, zainteresowani swoim wykładem, nieskorzy, by wybiegać na ulicę…
Czy jesteśmy wyrodnymi dziećmi? Czy o taką wolność walczyli tamci, starsi: żeby studentom UP generalnie było wszystko jedno? Ale w sumie czym dziś jest wolność (abstrahuję od jakichś wielkich wyborów moralnych). Z reguły koncentruje się właśnie na tym, co np. zrobimy z nadwyżką naszych pieniędzy (o ile takową mamy)? Mamy wolność: możemy wziąść kredyt na 40 lat, albo go nie brać. Możemy jechać na wczasy nad Bałtyk albo do Egiptu. Możemy włączyć TVP albo TVN, czytać salon24, niepoprawnych.pl, onet.pl albo forum wędkarskie. Możemy też być obojętni, tak po prostu: obojętni na historię, obojętni wobec Gwiazdów, Michnika, Wałęsy, Kuronia, Mazowieckiego, o. Rydzyka, kard. Dziwisza. Obojętni wobec Żołnierzy Wyklętych, rotmistrza Pileckiego, Ryszarda Kuklińskiego, Wojciecha Jaruzleskiego; wolnoni od konieczności dokonywania rozróżnień na bohaterów i zdrajców. Wolność kilkudziesięciu kanałów TV, Niani Frani, Plebani, Na Wspólnej, Samego Życia, Świata wg Kiepskich, Dody, Mandaryny, Michala Wiśniewskiego i kogo tam jeszcze chcecie oglądać w prasie brukowej i innych "Faktach". I dla wielu to jest wolność, forma wyboru (to założenie czysto subiektywne, bo możnaby wskazać całą strukturę mitów i priorytetów społecznych wpływających na nasze wybory).
Ale właśnie, powtórzę. Czy o taką wolność walczyli starsi? Nie to, że z bronią w ręku, ale na powielaczach, w gazetkach podziemnych, w opozycyjnych strukturach? O prawo do obojętności dla dzisiejszych dwudziestokilkulatków? Żeby taki młodzian mógł wskoczyć do tramwaju z myślą: "a co mnie to, qrde, ochodzi". Tak, sądzę, że tak.
Może nie jest to zbyt radosne, a z pewnością nie jest wzniosłe, ale bodaj najbliższe rzeczywistości: wolność jako (nie)uświadomiona obojętność. Wolność jako możliwość zabawy, polityka w wersji rozrykowej, pamięć jako rzecz niezobowiązująca. Taka wolność troszkę kieszonkowa, która nie prowadzi na żadne barykady, ani nie każe wieszać zdrajców na latarniach. Wolność rozleniwiona a równocześnie niepewna, w granicach zasobności portfela, prestiżu, statusu społecznego, perspektyw życiowych. Inna rzecz, że każdy z nas ma prawo na taką wolność się nie zgodzić. Wybrać coś więcej. O ile wie, co dla niego znaczy to "więcej".
-
Chwała (nie)zwyciężonym
wtorek,10 listopada 2009,10:27
kategoria: Historia
Pierwszy utwór to przypomniana przez Lao Che na płycie „Powstanie Warszawskie” „Czerwona zaraza”. Melodyjny (charakterystyczny wokal i melodeklamacja Andrzeja Dziubka), w refrenie punkowy aranż wiersza Józefa (Ziutka) Szczepańskiego. Ostatni, jaki napisał. Umarł od ran na początku września 1944.„Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli/ nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej/ skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,/ cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli”.Następnie „Piosenka ludzi bez domu”, tekst nieznanego autora. Rytmiczna, z perkusją zagraną w rytmie werbla, prosto, marszowo: jak słowa. Piosenkę śpiewali na Białostocczyźnie i na Podlasiu żołnierze AK, kresowiacy walczący z narzuconą Polsce władzą.„A jeśli mnie kula uderzy/ i dla mnie skończy się wojna,/ to duch mój, koledzy, za wami pobieży/ tak długo, aż Polska będzie wolna”.Trójka, song z którym pewnie nie tylko ja zdążyłem się osłuchać, sztandarowi „Myśmy rebelianci”, hymn Regnerowców, „oddziału Armii Krajowej dowodzonego przez ppor. Czesława Zajączkowskiego [Regnera]”. Walczyli zarówno z Niemcami jak z Sowietami. Grób „Regnera” nie jest znany, poległ pod Niecieczą 3 grudnia 1944, NKWD zabrała ciała. Muzyka i teledysk: znakomite.„Nie chcemy sierpów ani młotów/ i obrzydł nam germański wróg,/na pomstę mamy dziś ochotę,/ za Polskę spłacić krwawy dług”.„Marsz oddziału Zapory”, autor nieznany. Piosenka śpiewana w różnych wersjach, co świadczy o jej popularności wśród antykomunistycznej partyzantki (m.in. „Orlika piechota”). Zgrupowanie mjr. Hieronima (Zapory) Dekutowskiego, cichociemnego, działało na terenie woj. lubelskiego, kieleckiego, rzeszowskiego. „Ostatnim podkomendnym Zapory, który zginął od kul komunistów był sierż. Józef Franczak [Lalek], zabity przez grupę operacyjną SB-ZOMO 21 X 1963 r. (sic!)”. Melodyjny, stonowany utwór, trochę razi mnie elektroniczny podkład. No i wokalista śpiewa nieco inną wersję, niż ta zamieszczona w książeczce.„A gdy księżyc wyjdzie spoza chmury/i nastanie cicha, piękna noc/, to leśnej piechoty ciągną sznury,/ widać wtedy siłę ich i moc”.Jeden z krótszych utworów, w którym Dziubek może dać upust swoim góralskim pasjom i emocjom, „Wicher od Turbacza”. Znów mocniej, ostro, agresywnie, z wyeksponowanymi bębnami. Piosenkę śpiewały oddziału Józefa „Ognia” Kurasia.„A kto chce rozkoszy użyć,/ niech do lasu idzie służyć,/ lepiej zginąć na wolności/ niż w niewoli zginać kości”.Teraz mój faworyt, czyli ballada „Wiernie iść” („Hymn 5 Brygady Wileńskiej”). Prosto, z wyakcentowanym basem, trochę smutno, ale z dumą. Autorem słów był prawdopodobnie podoficer o ps. „Fryc”, ujęty przez wroga 8 sierpnia 1945, przepadł bez wieści, jak wielu…„Gdy ziemia ojczysta skąpana we łzach,/ o pomstę krew woła męczeńska./ Kto walczy o wolność i mści się za krew?/ To Piąta Brygada Wileńska”.„Przełamać los”, wartko, choć stylistyka jak dla mnie zbyt „elektroniczna” (automat perkusyjny? Chyba nie). Ale tekst niebanalny. Piosenka szeroko znana, śpiewana m.in. na Wileńszczyźnie, Białostocczyźnie, na Mazowszu. Powstała we wrześniu 1943 roku w oddziale późniejszej 3 Brygady Wileńskiej AK na biwaku nieopodal wsi Szarkiszki i Majrańce.„Bo nasza pieśń nie pachnie rozmarynem,/ nie ma w niej dziewcząt ni pachnących ust./ Jak nasze życie pachnie krwią i dymem,/ pieszczotą rąk karabinowy spust”.Ładny, rock`n`rollowy „Trudny czas”: „piosenka śpiewana po lipcu 1944 w polskich poakowskich [tak w oryginale – Conso] oddzialach partyzanckich, walczących na terenach Nowogrodczyzny i Grodzieńszzyzny (…)”. Walczył tam oddział ppor. Anatola „Olech” Radziwnika. Ostatni (i nieliczni) z jego żołnierzy, którzy przeżyli, wyszli z łagrów w latach siedemdziesiątych.„A ptaszka śpiewać będzie radośnie,/ że na wolności może żyć,/ a biedna matka płakać żałośnie,/ bo syn jej będzie gdzieś w lesie gnić”.„Patrol”(autor nieznany): wpada w ucho, ładnie nuci się refren, ot, rock`n`rollowy kawałek. Tytułowy patrol (żandarmów) to pododdział 6 Brygady Wileńskiej, zwalczał m.in. agentów służby bezpieczeństwa, pospolitych przestępców. Tekst piosenki w 1950 r. znaleźli przy zabitym żołnierzu funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Tak przetrwał dla potomności.„Ich to nie męczy, że mundur mokry,/ że w but dziurawy woda się pcha,/ lecz w sercu ogień mocny się pali,/ on cel swój drogi prześwietnie zna”.Istny cymes, treściowo i muzycznie: „Bij bolszewika”. „Tekst i melodię podał jeden z żołnierzy poakowskiej Samoobrony Ziemi Wołkowskiej’. Formację zlikwidowało NKWD latem 1948 roku.„To przecież on w katyńskim ciemnym lesie,/ wbił w polską pierś znienacka ostry nóż,/ mordując tam najlepszych polskich synów/ jak podły zbir, nikczemny zdrajca, tchórz”.„Las Makoszki”* (słowa kpt. Zdzisław „Uskok” Broński i Leon „Żelazny” Taraszkiewicz). Piosenka ku pokrzepieniu serc, song radosny, z ikrą. „Uskok” popełnił w bunkrze samobójstwo, „detonując podłożony pod głowę granat”, by nie poddać się oblegającym. „Żelazny” zginął w boju, 6 października 1951.Cześć ich pamięci i pokój duszom.* CD wyświetla tytuł „Las Mokoszki”, w książce „Las Makoszki”.„Resorciakom, komunistom/ rzuć te słowa prosto w twarz,/ że szlak boju poprzez lasy/ do zwycięstwa wiedzie nas!”.„Szesnastka”: znów punkowo, zadziornie. Tekst Józefa „Samotnego” Stasiewicza, żołnierza Samoobrony Ziemi Grodzieńskiej. Tu nieco dłuższy cytat: „Ballada Samotnego opisuje ostatnią walkę grupy Niemna (…), okrążonej 4 V 1948 r. w otwartym, bezleśnym terenie przez Wojska Wewnętrzne NKWD w chutorach wioski Kopiejki koło Kulbak pod Grodnem. Pomimo znaczącej przewagi Sowietów, partyzanci Niemna i Fali stawiali zaciekły opór i w większości – wraz z dowódcami polegli. Było ich szesnastu…”.„Naszych garstka, ruskich mrowie,/ nacierają z każdej strony./ Gdzie nie spojrzysz, wszędzie pola,/ wszędzie pola i zagony”.Przedostatni utwór to „Niech się Pani pomodli”, ostrzejszy, z przyjemnymi dla miłośników takiego grania riffami. Piosenka z Lubelszczyzny/Podlasia, lubiana w oddziale Romana „Romana” Dumy podległego wspomnianemu już Hieronimowi „Zaporze” Dekutowskiemu.„Niech się Pani pomodli, dzisiaj, w mojej intencji,/ bo wyprawa mnie czeka, niebezpieczna i zła./ Może Pani modlitwa będzie dla mnie skuteczną/ i uchroni od złego tego, co prosi tak”.Płytę zamyka aranżacja herbertowskich „Wilków”. Obok „Wiernie iść” i „Bij bolszewika” mój faworyt. Niepokojący, przejmujący utwór."Ponieważ żyli prawem wilka/ historia o nich głucho milczy/ pozostał po nich w kopnym śniegu/ żółtawy mocz i ten ślad wilczy szybciej niż w plecy strzał zdradziecki/ trafiła serce mściwa rozpacz/ pili samogon jedli nędzę/ tak się starali losom sprostać już nie zostanie agronomem/ ,,Ciemny" a ,,Świt" – księgowym/ "Marusia" – matką ,,Grom" – poetą/ posiwia śnieg ich młode głowy nie opłakała ich Elektra/ nie pogrzebała Antygona/ i będą tak przez całą wieczność/ w głębokim śniegu wiecznie konać przegrali dom swój w białym borze/ kędy zawiewa sypki śnieg/ nie nam żałować – gryzipiórkom -/ i gładzić ich zmierzwioną sierść ponieważ żyli prawem wilka/ historia o nich głucho milczy/ został na zawsze w dobrym śniegu/ żółtawy mocz i ten trop wilczy”.Znakomita płyta. I do słuchania i do zadumy. Tu kropka. Ostatnia nuta. Pamięć. Ślad wilczy. -
O siedmiu krasnoludkach i sierotce Marychu, cz. V
sobota,29 listopada 2008,18:17
kategoria: Ogólne
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma adekwatnymi akweduktami był sobie Zakład Ubezpieczeń Społecznych... [Ooooż ty! Ryp! Dup! Z bani mu! Z liścia! Do mnie! Ku mnie! Uuuuuuuuuuch! Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeb! Uch! Oj.]
CONSOLAMENTUM: Przepraszam za usterki techniczne. Miałem włam z innego bloga.
W każdym razie: dawno, dawno temu za górami, za lasami, itd. było sobie baśniowe królestwo a w nim wewnętrznie nieuporządkowana sierotka Marysia zamknięta w wysokiej wieży. I nie wiedziała, nieszczęsna, że nienawiść zatruła już krew pobratymczą i że wojenka na dniach.
Był wieczór. Marysia uczyła się właśnie, jak jeść bezę z wielkiej księgi „Ę, Ą, Bułkę Przez Bibułkę, Sawołarw Wiwr dla Elyt y Prostaczków Jednakowoż Napisany Byle Była Z Tego Dla Nas Kasa”, pióra znakomitej Dżolanty z Zasad Zasadowej. Szło jej całkiem nieźle, gdy rozszumiały się wierzby płaczące i zaszeleściły szuwary i kraaaaaa, kraaaaaaaaaaa! – zabrzmiało. Normalnie jak u Edgara Alana Poe.
- Rumburak, czego tu? – wydęła słodkie usteczka sierotka Marysia a w zezowatych oczkach zalśniła obietnica rozrywki.
- Mam Witkę Nie-Czapkę – obwieścił triumfalnie Rumburak.
Zrobiło się cicho. Michaśka z Lubiewa, co sobie „przędź się, przędź wrzeciono” nuciła, robiąc na drucie (drugi drut gdzieś akurat zapodziała) zastygła z wrażenia. Marysia, sierotka zresztą, też coś skumała.
- Znaczy dziesięć plaśnięć na gołą pupę i zwiewamy? – mruknęła z ambiwalencją w głosie. Rumburak tylko kiwnął głową...
***
...Do karczmy „Pod 24 godzinkami” krasnale miały już w sumie niedaleko. Szły i gadały, jak to krasnoludy mają w zwyczaju:
- Widziecie, Obczyk, pamiętam czasy, bom o te 500 lat starszy od Was, jak po lasach biegały Mymłony, a w Żacholeckim Lesie roiło się od półdupów... – tu Sergiusz z Okraski pociągnął faję i gadał dalej... – Bo też rzadko rzadko kto widuje dziś Mymłony. A bywało drzewiej, że cne a nadobne dziewice powiadały do kawalerów: „połóż głowę na Mymłonie”. I gdy taki jeden z drugim, krasnolud, ludź a nawet elf złożył głowę na grzbiecie Mymłona mógł liczyć na przychylność i dozgonną miłość swojej kobity. I na rzadkie wizyty teściowej...
- A te półdupy? – podchwycił Obczyk. – Toż i dziś ludziowie powiadają: „czego wyglądasz jak półdupy zza krzaka?”.
- Heh! - roześmiał się Sergiusz - Półdupy były to zwierzęta srogie a ogromne, jak ludziowe bizony, tyle że mięso żarły, a zamiast ogonka zad zdobiła im stokrotka... A to przysłowie... Uch, to sobie wyobraź, jak półdupy na ofiary polowały... – i zachichotał okrutnie.
- Ech, żeby już w karczmie posiedzieć – mruknął po chwili Obczyk z wyrzutem. – I bilety na żywolota wykupiłem... A my tak na piechotę...
- A na jakie linie? – mruknął Sergiusz z Okraski.
- Pinochet Airlines...
- I ty się q..., dziwisz...
- Bilety były gratis!
- Tak – Sergiusz ugryzł kęs chleba – w jedną stroną.
...przed sobą widzieli już Zielony Las, a na horyzoncie karczmę „Pod 24 Godzinkami”. I żeby dodać sobie animuszu, zanucili starą, krasnoludzką pieśń: „Młoty w dłoń, kujmy broń, miotnie stal, czerwoną iskrę w dal” – bo przeca na czym jak na czym, ale na snycerce krasnoludy się znają...
Nie wiedziały, krasnoludy, rozśpiewane i znaglone długą drogą, że nad ich głowami kracze kruk, a wychłostana po siedzieniu sierotka Marysia klnie pod nosem: „Ja mu się odwdzięczę, żeby mu tak Dżolantę z Zasad Zasadową przyszło na pamięć wkuwać!”. A była to w jej ustach groźba największa ze straszliwych.
Ciąg dalszy nastąpi. Był to póki co ostatni z odcinków retrospektywnych. -
O siedmiu krasnoludkach i sierotce Marychu, cz. IV
niedziela,23 listopada 2008,11:10
kategoria: Ogólne
Dawno, dawno temu, w czasach pełnych ciemnoty, zabobonu i słomy w butach żyła sobie sierotka Marysia, zamknięta w wysokiej wieży przez złą, heteroseksualną macochę. Sierotka Marysia miała totalnego doła i wierną służącą Michaśkę z Lubiewa. A wzdychał do niej po cichu, a czasem całkiem głośno, czeski czarnoksiężnik Rumburak...
...który w swoim zamczysku kupionym pod hipotekę popijał właśnie narodową herbatkę z cudnej roboty czajniczka Mistrza Endeckiego. Był lekko wczorajszy, a Pafnucy i Filemon, wierne koty, jak na złość głośno dudniły po posadzce zamkowej miękkimi poduszeczkami łapek. – A żeby was wciórności i dachowy osranec! – mruknął Rumburak i z rozrzewnieniem wpatrzył się w artefakcik sierotki Marysi. Ckniło mu się do niej. Pamiętał dzień, gdy poznał ją na sylwestrowym przyjęciu przed kilkoma laty. Tu, na tym zamku, nim nastały rządy złej macochy, jakież tu były bale. Śpiewał Karel Gott i Helena Vondrackova i lał się szampan i wszędy sypało się konfetti a w ogrodach rosły chabry z poligonu i biełyje rozy.
Tylko wtedy był szczęśliwy, gdy ofiarowała mu jeden, jedyny taniec. Patrzył wówczas w jej lekko zezowate oczy i zza tej nieco skrzywionej głębi wołała doń Miłość: „Rumburaku, Rumburaku!”. – Co? – zawołało tamtego wieczora serce Rumburaka. – A nic, spier.... – zażartowała sobie okrutnie Miłość, wybierając się akurat z wizytą do pana Wokulskiego.
Tak, stracił dla sierotki Marysi serce. Ale ona nigdy go nie kochała, flirtowała z nim trochę, by wzbudzić zazdrość w Kocie w Majtkach, który miał wtedy gorący romans z psem Pankracym. A on, biedny czarodziej Rumburak, podstarzały i z tupecikiem na głowie, po dwóch rozwodach i strażackich zawodach wył po nocach, nie wiedzieć czemu po angliczańsku: „Suddenly, I’m not half the man I used to be, There’s a shadow hangingover me... Oh, yesterday came suddenly”. Mówiąc w skrócie, Rumburak miał przerąbane w temacie Marysi.
– Jadę do ciebie dziewczyno, szybciej niech płynie już czas, jadę do ciebie równiną, jadę do ciebie przez las, jadę do ciebie z daleka, tyle minęło już dni, odkąd na chwilę TĘ czekam i w darze przywiozę ci... – wyszeptał Rumburak wiersz, jaki dla niej napisał i byłby załkał żałośnie a donośnie, gdyby nie zaświtała mu pewna myśl. – Witka nie-czapka!
***
Krasnoludy Sergiusz z Okraski i Obczyk wyszły akurat z Żacholeckiego Lasu i przysiadły na małe co nieco przy drodze. Do karczmy „Pod 24 godzinkami”, gdzie czekał na nie krasnolud Miętus, miały jeszcze ho ho i ciut ciut.
– Przydałyby się stomilowe buty – mruknął Obczyk.
– Ba. Ale ta cholerna złodziejska prywatyzacja, stomilowe buty dawno przeszły w ręce obcego kapitału – zasępił się Sergiusz.
Krasnoludy wyłożyły się wygodnie i obserwowały chmury w typie kumulus, gdy zatrzepotały skrzydła i nad ich głowami przeleciał kruk z długaśną witką w dziobie...
– Ki diabeł? – zdziwił się Obczyk.
– Bo ja wiem... czeski film – sapnął Sergiusz i uciął komara. Równo, na dwie części.
Ciąg dalszy nastąpi. Był to odcinek retrospekcyjny, gdyby ktoś nie spostrzegł.
