-
O siedmiu krasnoludkach i sierotce Marychu, cz. III
czwartek,20 listopada 2008,07:27
kategoria: Religia
Moje drogie dzieci, może o tym nie wiecie, ale kiedyś nie było normalnie. Nie było autostrad, autobusów i tramwajów, a po niebie latały smoki, a nie tam żadne samoloty czy insze miłujące pokój rakiety ziemia-powietrze-ogień-woda.
W tych nienormalnych czasach żyła sobie pewna dziewczynka, która chciała być chłopczykiem, zwana sierotką Marysią.
Marysia żyła w wysokiej wieży, zamknięta przez złą macochę. Miała w tej wieży jedynie garść styropianu pod głowę, korzec maku i piachu, co by sobie posegregować dla rozrywki, starego walkmena i parę kaset Papa Dance, a także bokserki, przemycone przez starą piastunkę, Michaśkę Witkowską ze wsi Lubiewo. Ckniło się jej w tej wieży, że nikt nie uwierzy. I nawet wiersz zaczęła pisać: „mieszkam w wysokiej wieży, otoczonej fosą, mam parasol, który chroni mnie przed nocą...”. Ale sobie przypomniała, że już skądś zna ten utwór, więc z tej rozpaczy poczęła kwilić: „mój ci on, mój ci on”.
Czasem przez okno wlatywało czarne ptaszysko, kruk chyba, przemieniało się na jej oczach w sympatycznego jegomościa i zaczynało coś gadać do dziewczęcia. Niestety, po czesku. Na co Marysia z wrodzoną sobie asertywnością odpowiadała: „Rumburak, weź ty mi psiekrwie, zmykaj"! A to wcale nie był Rumburak tylko Jozin z Bazin, dla niepoznaki przebrany za Kabaret pod Wydrwigroszem. Ale, umówmy się, Marysia była mniej więcej tak rozgarnięta, jak jesienne liście w parku i w niuansach się nie rozeznawała.
Czasem Marysia wyglądała przez strzelecką blankę. Coś tam w wielkim świecie huczało, dęło, zgrzytało i świszczało jak świerszcz za kominem. „Ktoś by pomyślał – pomyślałaby Marysia, gdyby w ogóle by myślała – nadciąga las Birnam”. A gdy nadstawiła ucha, coś tam klaskało za borem. – „Niechybnie Laura i Filon” – mówiła Marysia do swej wiernej Michaśki, a ta krzywiła się okrutnie, że to nieprzystojnie heteryckie klaskanie podsłuchiwać. Ale najbardziej przerażały Marysię te świsty, huki i grzmoty i dymy odległe a pod niebiosa bijące. I krzyki okrutne, świadczące, że na wielkie rzeczy się zanosi: „Witek, powsinogo, zgaś tą fajkę, bo pół wsi spalisz!”. I łzy w marysinych oczach nie pozwalały jej dostrzec, że hen...
...w karczmie „Pod 24 godzinkami”, siedziały za stołem trzy zadumane krasnoludy, sprawdzając skrupulatnie, czy aby nie ubywa im w kuflach piwa. A im bardziej sprawdzały, tym bardziej piwa w kuflach nie było. To się podobno często zdarza.
– Powiadasz Miętusie, że jakoweś wojska ciągną tu od Zachodu? – zapytał najbardziej brodaty krasnolud. Nazwany Miętusem głębiej zaciągnął się popularnym i wykasłał niehigienicznie: – Z Zachodu ciągną wojska, owszem. To Elfy, najemnicy z Brukselionu i Amsterdomu, nie ma z nimi przebacz. Z północy nadciągają ponoć Wikingowie wraz z tymi, co uciekli, gdy macocha zakazała czcić Trygwała, Swaroga i Homogenizowanego Twaroga, zaś od południa idą Czesi pod wodzą Rumburaka co ma niewielkiego... – No dobrze, tyle to wiemy, ale co nam trzeba czynić? I czy się wyrobimy w terminie? – zapytał frasobliwie trzeci. – szpaka... – dokończył z rozpędu Miętus. – A od Rzymu kto idzie? – dopytywał najbardziej brodaty. – Gobliny macochy i InkFFizycja wraz z zaciężną gwardią zamorskich i rodzimych neo-koniów, wartko galopujących, do tego moherowa partyzantka, ćwiczona w wojnach podjazdowych – zapodał Miętus.
Zapadła cisza, jakby anioł lasem przeleciał. W końcu brodaty zarekomendował: – Towarzysz Miętus zostaje na miejscu, a my wracamy do andergrandu. I Sergiusz z Okraski z krasnoludem Obczykiem założywszy opończe ruszyli w siną dal, na odchodnym rzuciwszy w stronę szynkwasu: – A niech no jeszcze raz ktoś nam poda piwsko z koncernu, to go moresu trzonkiem od kilofa nauczymy!
A Miętus zaciągnął się popularesem, aż mu łzy w oczach stanęły. I przez to pewnie nie zauważył, że...
... do karczmy weszła sierotka Marysia w towarzystwie Kota w Majtkach. Rzecz jasna, dłubiąc w nosie.
Ciąg dalszy nastąpi...
-
O siedmiu krasnoludkach i sierotce Marychu, cz. II
środa,19 listopada 2008,13:13
kategoria: Religia
Dawno, dawno temu, za wiadomo czym plus o jeden most za daleko żyła sobie sierotka Marysia, której szło na siedemnaste mgnienie wiosny (ale wiedział o tym jedynie jej ojciec chrzestny Standartenführer Max Otto von Stirlitz).
Jak już wiecie drogiej dziatki i babki, sierotka Marysia powtórnie osieroconą przez dwóch tatusiów zostawszy będąc, pod kuratelą złej macochy heteryckiej przebywała, ślozy całymi dniami roniąc i rzewnie nucąc: „gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska, poleciałabym ci za Jaśkiem do Śląska”. Co zanuciwszy skrobała się zwykle w głowę dumając, że albo jest postacią fikcyjną, albo powinna iść do dobrego lekarza. Albo że jest Danuśką ze Spychowa w fazie agonalnej. I tu kwiliła cicho: „Mój ci on, mój ci on”...
A tak naprawdę była młodszą siostrą niewolnicy Isaury, o czym drodzy czytelnicy dowiedzą się jednak znacznie później. A sama sierotka Marysia wejdzie w posiadanie tej pilnie strzeżonej tajemnicy państwowej dopiero u kresu swych dni od Stirlitza, którego zresztą weźmie za Sławomira Cenckiewicza, z czego będzie śmiechu co nie miara. No ale o tym też może innym razem. Choć warto zaznaczyć, że Stirlitz będzie wiedział, że Cenckiewicz wie, że Stirlitz wie, że Cenckiewicz wie, że Stirlitz nie wie, że Cenckiewicz nie wie, że najlepsze kasztany dawno diabli wzięli, bo je zeżarł szrotówek.
I stało się onego roku, że zła macocha sprowadziła do królestwa InkFFizycję. Były to straszliwe zakapiory watykańskie, na krwi heretyków utuczone, które zasłynęły tym, że w sąsiednim państwie chciały wykopacz jedną damę dworu ze stołka, wcześniej ją ekskomunikowując, ale rządzący w tym kraju Tonalt Dhusg, znany cudotwórca i w ogóle niezły magik, pogonił ich gdzie wieprz rośnie. Przygarnięci przez złą macochę InkFFizytorzy nadciągali całymi hordami, jak nie przymierzając wilcy jakowyś w „Akademii Pana Kleksa”, po sadybach, wsiach, siołach, podzamczach, grodach i na drodze na Ostrołękę paląc czarownice i kiełbaski, puszczając przy tym Sabatona z tuby i dzielnie walcząc z trollami, co się strasznie owego czasu wszędy rozpleniły.
A zła macocha wciągania nosem śniegu zabroniła swemu dworowi i czystki personalne zaczęła urządzać i zęby kazała wybijać tym, co hamburgery w piątek jedli i Coca-Colą zapijali, na co y posłuszna jej frakcyja końserwatywnych leberałów sarkać poczęła. I wielu wtedy z tych, co im źle pod rządami złej macochy było w knieje i w bory uciekło, do druidów, do skrzatów, pląsawic i ledwodychawic i czego tam jeszcze Tolkien z Sapkowskim nie wymyślili. A był tam jeden dzielny młodzieniec, co wieścił rewolucję u bram i śpiewał, że mury runą, runą, runą (ale wcześniej to on musi jeszcze trochę się medialnie poudzielać). No ale i on w końcu poszedł w las, jak się dotacje skończyły. I zaczęto wici rozsyłać i poselstwa kierować a to do Brukselionu, a to do Amsterdomu, a to do wszystkich feudalnych, ale postępowych państw ościennych. I nawet do Wikingów, co strasznie się rozmiłowali w wolnościach wszelakich i nawet grabili z miłością na ustach i nie tylko na ustach.
A i zła macocha nie próżnowała, jeno sprzymierzyła się z posępnym a czarniawym Koźlakiem, co w górach Zamordyzmoru odwierty geotermalne czynił. InkFFizytorzy warownym obozem legli u podnóża zamczyszcza złej macochy i debatowali czy przystoi tańce damsko-męskie uskuteczniać, czy li nie należy. Albo czy lepszy heretyk na stosie, czy na grillu, na twardo czy na miękko, pławiony czy podduszany, a jak jakiego trolla złapali, to go bombardowali miłością i zapodawali rzeczonego Sabatona, aż mu rura miękła.
I tylko krasnoludy Sergiusza z miasta Okraska, co w andergrandzie siedziały i ryły pod podwalinami systemu feudalnego rzekły, że mają to wszystko w rzyci, że i tak rewolucję socjalną uczynić zamierzają i żeby im pierdołami głowy nie zawracać, bo lud na przednówku nie ma czego do garnków włożyć i we wspomnianej rzyci ma i złą macochę i tego od rewolucji u bram. I żeby ludowi dać spokój, mówiły krasonoludy, jak przyjdzie co do czego, bo na wojnie świszczą kule, lud się wali jako snopy, a najdzielniej biją króle. A najgęściej giną chłopy.
Ale na wszelki wypadek krasnoludy wysłały jednego gamonia, co litery składać umiał, a który wam tę historię opowiada, żeby się w świecie rozejrzał, co i jak i kwiprokwo i jaka to melodia. A ów od razu polazł do słynnej w całym państwie karczmy „Pod 24 godzinkami”, co się na łąkach pod Zielonym Lasem znajdowała i jak tam siedział, tak siedzi, gospodarzy obżerając i plotąc trzy po trzy.
W każdym razie konflikt groził eskalacją i znać było, że szykuje się niezłe mordobicie. A sierotka Marysia, przez macochę w wysokiej wieży zamknięta, coś tam sobie pod nosem o skrzydełkach nuciła i dłubała w nosie.
Ciąg dalszy nastąpi
