O siedmiu krasnoludkach i sierotce Marychu, cz. IV
niedziela, 23 listopada 2008, 11:10
Dawno, dawno temu, w czasach pełnych ciemnoty, zabobonu i słomy w butach żyła sobie sierotka Marysia, zamknięta w wysokiej wieży przez złą, heteroseksualną macochę. Sierotka Marysia miała totalnego doła i wierną służącą Michaśkę z Lubiewa. A wzdychał do niej po cichu, a czasem całkiem głośno, czeski czarnoksiężnik Rumburak...
...który w swoim zamczysku kupionym pod hipotekę popijał właśnie narodową herbatkę z cudnej roboty czajniczka Mistrza Endeckiego. Był lekko wczorajszy, a Pafnucy i Filemon, wierne koty, jak na złość głośno dudniły po posadzce zamkowej miękkimi poduszeczkami łapek. – A żeby was wciórności i dachowy osranec! – mruknął Rumburak i z rozrzewnieniem wpatrzył się w artefakcik sierotki Marysi. Ckniło mu się do niej. Pamiętał dzień, gdy poznał ją na sylwestrowym przyjęciu przed kilkoma laty. Tu, na tym zamku, nim nastały rządy złej macochy, jakież tu były bale. Śpiewał Karel Gott i Helena Vondrackova i lał się szampan i wszędy sypało się konfetti a w ogrodach rosły chabry z poligonu i biełyje rozy.
Tylko wtedy był szczęśliwy, gdy ofiarowała mu jeden, jedyny taniec. Patrzył wówczas w jej lekko zezowate oczy i zza tej nieco skrzywionej głębi wołała doń Miłość: „Rumburaku, Rumburaku!”. – Co? – zawołało tamtego wieczora serce Rumburaka. – A nic, spier.... – zażartowała sobie okrutnie Miłość, wybierając się akurat z wizytą do pana Wokulskiego.
Tak, stracił dla sierotki Marysi serce. Ale ona nigdy go nie kochała, flirtowała z nim trochę, by wzbudzić zazdrość w Kocie w Majtkach, który miał wtedy gorący romans z psem Pankracym. A on, biedny czarodziej Rumburak, podstarzały i z tupecikiem na głowie, po dwóch rozwodach i strażackich zawodach wył po nocach, nie wiedzieć czemu po angliczańsku: „Suddenly, I’m not half the man I used to be, There’s a shadow hangingover me... Oh, yesterday came suddenly”. Mówiąc w skrócie, Rumburak miał przerąbane w temacie Marysi.
– Jadę do ciebie dziewczyno, szybciej niech płynie już czas, jadę do ciebie równiną, jadę do ciebie przez las, jadę do ciebie z daleka, tyle minęło już dni, odkąd na chwilę TĘ czekam i w darze przywiozę ci... – wyszeptał Rumburak wiersz, jaki dla niej napisał i byłby załkał żałośnie a donośnie, gdyby nie zaświtała mu pewna myśl. – Witka nie-czapka!
***
Krasnoludy Sergiusz z Okraski i Obczyk wyszły akurat z Żacholeckiego Lasu i przysiadły na małe co nieco przy drodze. Do karczmy „Pod 24 godzinkami”, gdzie czekał na nie krasnolud Miętus, miały jeszcze ho ho i ciut ciut.
– Przydałyby się stomilowe buty – mruknął Obczyk.
– Ba. Ale ta cholerna złodziejska prywatyzacja, stomilowe buty dawno przeszły w ręce obcego kapitału – zasępił się Sergiusz.
Krasnoludy wyłożyły się wygodnie i obserwowały chmury w typie kumulus, gdy zatrzepotały skrzydła i nad ich głowami przeleciał kruk z długaśną witką w dziobie...
– Ki diabeł? – zdziwił się Obczyk.
– Bo ja wiem... czeski film – sapnął Sergiusz i uciął komara. Równo, na dwie części.
Komentarze: 2
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

niedziela, 23 listopada 2008, 11:42
niedziela, 23 listopada 2008, 12:27