• fronda.pl
  • Modlitewnik
  • Fronda.tv
  • Ciekawe
  • Blogi
  • FForum
  • Klub Fronda.pl
  • Kanał informacyjny

blogus sarmaticus

  • PUNKT XXII - DUCH WICHROWATY JAK SZKAPA WYUZDANY

    poniedziałek,2 listopada 2009,08:35

    kategoria: Wiadomości

    Nasza rodzinna, bardzo nieposkładana i nieregularna modlitwa ociera się co czas jakiś o brewiarz – ten uproszczony, dla świeckich. Wydanie „Warszawa-Koło 1992”. Właśnie wczoraj poń sięgnąłem i wypadł mi ze środka obrazek z wizerunkiem ikony Matki Boskiej – i napisem na odwrocie:

     

    A światłość w ciemności świeci

    I ciemnośc jej nie ogarnęła (J 1,3)

    +

    wdzięczny Bogu za łaskę kapłaństwa

    brat

    TADEUSZ BARTOŚ

    dominikanin

    Kraków 1993

     

    Smutno mi się zrobiło. Przypomniałem sobie ten dzień, kiedy dostałem obrazek, co prawda „z metra", bo T. B. nie znałem akurat wtedy; to jego świeżo wyświęcony współbrat był i jest mym znajomym i przyjacielem. Teraz ten obrazek – kpina przeznaczeń czy znak?

    Ba, Zaduszki. Winniśmy dziś szczególne modlitwy za tych, którzy odeszli – w różny sposób. Także i za tych, ktrzy odeszli w taki głośny i obrzydliwy sposób, że są nam teraz „jak poganin i celnik”. Aczkolwiek mamy i takich, którzy są jak „groby pobielane” – niby nie odeszli, bo niewielu o tym, że odeszli, wie, fason trzymają… Różne przypadki i nie wiadomo, który gorszy.

    Nie tak daleko od brewiarza leży mój tomik Wespazjana Kochowskiego. Ten otwarłszy – z niego zaczerpnąłem tytuł PUNKTU XXII i tekst poniższy, dedykowany tym, co odchodzą w sposób głośny – a potrzebują naszej modlitwy i swojego własnego zastanowienia.

    ***

    1. Błogosławiony człowiek, który nie poszedł za radą bezbożnych i na drodze grzesznych nie stał: ani na stolicy zaraźliwej nauki nie siedział.

    2. Ale w Zakonie starowiecznie od apostołów podanym wola, serce i wiara jego: a nowotnych wymysłów i prze­stępstwa błędników nie chwytał się.

    3. Więcej ufa, czego w Kościele prawowiernym przez podanie Chrystusowe uczą: niż co jeden klasztorny zbieg i drugi niezdrowy warchoł, buntownicy w wierze, rozsiali.

    4. I będzie wierny katolik, jako drzewo, wsadzone nad prawej nauki wodami: które mając potrzebną wilgotność prawdy, da owoc czasu swego.

    5. Ani liście dobrych uczynków jego nie opadnie; ani frukty statecznej wiary nie zczerwieją.

    6. Nie tak niezbożni, nie tak: ale są jako proch ziemi, którym nagły wicher zakręciwszy, miesza.

    7. Co na wierzchu, na spodek idzie: a gwałtowna kurza­wa po krótkiej mieszaninie co wiedzieć, gdzie się rozleci.

    8. Bo targający jedność kościelną sami się między sobą zgodzić nie mogą: duch wichrowaty jak szkapa wyuzdany, który prostej drogi nie upatruje.

    9. Miesza pycha rozum, który bez Chrystusa zbawienia szuka: a błędne owce, powszechną wzgardziwszy owczar­nią, w parowach błędów marnie parszywieją…

    Wespazjan Kochowski, „Trybut należyty wdzięczności wszystkiego dobrego dawcy, Panu i Bogu, albo Psalmodia Polska za dobrodziejstwa Boskie dziękująca, przez jednę najliższą kreaturę roku pańskiego 1693 napisana a do druku podana Roku Pańskiego 1695 w drukarni Jasnej Góry Częstochowskiej” – Psalm VI, „Do dysydentów w wierze” [cyt. wg Wespazjan Kochowski, „Utwory poetyckie. Wybór”, opracowała Maria Eustachiewicz, wydanie drugie zmienione, Ossolineum 1991 (BN I  92)]

     

    Komentarzy: 3

  • PUNKT XXI: HALOŁYN, POMOCY! = propozycja reagowania uprzedniego

    poniedziałek,5 października 2009,14:01

    kategoria: Wiadomości

    NIŻEJ BĘDZIE O KONKRETNEJ INICJATYWIE – A WPIERW OPIS SYTUACJI.

     

    Otóż, co roku ogarnia Polskę fala goraczki halołynowej i co roku mam ochotę zrobić COŚ – oczywiście przeciw Halołynowi, który bywa nawet swego rodzaju bluźnierstwem, a jest przede wszystkim głupotą wynikajacą z odmóżdżenia.

     

    No tak, wiem: w naszej wolnej Polsce (o Europie już nie mówię) dzieje się jednak tyle głupich rzeczy, że nie można protestować naraz przeciwko wszystkiemu, bo człowiek by oszalał i wyszedł na głupka. Nadto inflacja protestów nie sprzyja skuteczności; trzeba mierzyć proporcje. Zabijanie dzieci i dziecięca homopropaganda winny być oprotestowane w pierwszym rzędzie. Z drugiej jednak strony Halołyn boli nadto dotkliwie. Przyjęcie tej głupoty przez Naród Polski z otwartymi ramionami świadczy o płytkości zakorzenienia naszych tradycji i wiary (cokolwiek by mówić o tejże wiary głębokościach w innych jej przejawach).

     

    Ale jeszcze nie byłoby po co protestować, gdyby nie to, że obok restauracji i ośrodków wypoczynkowych, które oferują halołynowe imprezy, do szaleństwa tego przyłączają się również i szkoły. I to niekiedy w najlepszej wierze! Pani Nauczycielka (bardzo świetna skądinąd, naprawdę) jednego z moich dzieci wpadła kiedyś na rewelacyjny jej zdaniem pomysł klasowej dyskoteki halołynowej. Zaprotestowałem na początek prywatnie i po cichu, wykładając, dlaczego sobie nie życzę, żeby moje dziecko… etc – bo nie chciałem robić Pani Nauczycielce przykrości publicznej – i choć nie wiem, czy uzyskałem zrozumienie motywów, to przynajmniej zrozumienie prawa do takiej postawy. Temat halołynowy odszedł w tło i nikt nie miał z tego powodu pretensji. Były za to inne świetne zabawy.

     

    Teraz, w początku października, nie chcąc zostać zaskoczonym nagle na ulicy przez halołynowe oferty restauracji, osrodków wypoczynkowych i szkół, myślę sobie, że należałoby odpowiednio wcześnie złączyć siły i COŚ uczynić – nie tyle protestu dosłownego, co uświadomienia w tempie uprzednim.

     

    Co zatem myślicie Szanowni Czytelnicy portalu tegoż o nastepujacej inicjatywie, na którą złożyłyby się takie oto powiązane ze sobą czynności:

     

    a)    POWSTAJE PISMO – propozycja pisma poniżej [uwaga: NIE UMIEM TAKIEGO PISMA UMIEŚCIĆ JAK TRZEBA W INTERNECIE, iżby się można podpisać – i żeby to potem wydrukowac mógł każdy – KTO BY TO ZROBIŁ? Czekam na chętnego…

     

    b)    WSZYSCY CHĘTNI PODPISUJĄ toż pismo w internecie (imię, nazwisko, zawód, miasto i parafia, w której zamieszkujemy – bez adresu domowego!) – tychże sygnatariuszy nazwiemy sobie „Sygnatariusze Internetowi” – i na nich ciążyć będzie główny obowiązek rozpowszechnienia pisma, bo:

     

    c)     KAŻDY podpisujący pismo Sygnatariusz Internetowy zobowiązuje się 1. (PRYWATNIE, w sumieniu) do modlitwy – minimum np. dziesiątki różańca na cmentarzu lub w swojej parafialnej świątyni w dniu Wszystkich Święych, w intencji Kościoła w Polsce; oraz 2 (PUBLICZNIE) do tego, aby na jakimś etapie podpisywania w internecie (przed połową miesiąca października – w zasadzie mamy tydzień na wszystko, jesli sprawa ma się nie przedawnić!) wydrukował toż pismo prywatnie w minimum trzech egzemplarzach i upublicznił – w sposób nastepujący:

     

    d)   ZAPROSIWSZY do podpisu na wydruku pisma inne osoby z naszej parafii lub naszej okolicy, które mają ochotę je poprzeć (trzeba podpisać w minimum trzech egzemplarzach!) -

     

    e) – po złożeniu owych podpisów innych osób każdy z Sygnatariuszy Internetowych wysyła pismo (kopię zachowując sobie) do dyrektorów szkoły wybranej (lub wielu – ale zwłaszcza do tych szkół, w których uczą się jego dzieci, jeśli takowe posiada), a także do instytucji, które w poprzednich latach imprezy halołynowe urzadzały (do wyboru). Nadto proponuję, aby jedną kopię pisma przesłać do swego Księdza Proboszcza, no i jedną zachować dla siebie.

     

    f)      Na wysyłanym piśmie każdy z Sygnatariuszy Internetowych załącza swój adres pocztowy jako nadawcy – plus adres internetowy, pod którym list wisiał będzie w sieci.

     

    A PISMO PROPONUJĘ NASTĘPUJĄCEJ TREŚCI:

     

    - – – – – – – – – – – – – -

    Miejscowość, data

    Szanowni Państwo!

    Co roku w dniach 1 i 2 listopada przeciętny mieszkaniec naszego kraju udaje się na miejsca spoczynku swoich Bliskich, aby modlić się o Ich zbawienie. Także wiele osób niewierzących przybywa wówczas na cmentarze w imię pamięci i szacunku dla Tych, którzy odeszli.

    Z tym zakorzenionym u nas obyczajem kłóci się lansowany ostatnio tak zwany „Halloween”. Ta swego rodzaju  „trupia maskarada” niewiele dobrego wnosi do naszej kultury. Często za to wywołuje przykry zgrzyt pomiędzy powagą chwili a nieroztropnością – by nie rzec prostactwem – osób bawiących się rekwizytami, które przypominają nam o rzeczach ostatecznych. Zabawa taka odpowiednia jest może w karnawale, ale na pewno nie w sąsiedztwie dnia Wszystkich Świętych.

    Apelujemy do Szanownych Państwa o refleksję i zwrócenie uwagi na ten problem, mając świadomość, że instytucja [TU WSTAWIĆ ewentualnie: firma, przedsiebiorstwo], którą Państwo kierujecie, ma niebanalny wpływ na postawy lokalnej społeczności, współkształtując nasz współczesny, polski obyczaj.

    Z poważaniem

    [TU PODPIS ODRĘCZNY SYGNATARIUSZA, z adresem pocztowym;  i POZOSTAŁE PODPISY ODRĘCZNE]

    – oraz współsygnatariusze – lista w załączeniu [lub: „lista xxx sygnatariuszy dostepna w internecie pod adresem…”]

    Do wiadomosci: ks. proboszcz X

    - – – – – – – – – – – – – -

    Co o tym myślą Szanowni?

     

     

    Komentarzy: 4

  • PUNKT XX: list w sprawie nieszczęsnej promocji

    wtorek,29 września 2009,20:55

    kategoria: Wiadomości

    DO: WP Ewa Ziółkowska, WP Bogumiła Kapica

    Centrum Zabaw Twórczych EDWARD s.c.

    ul. Rodakowskiego 3a

    80-304 Gdańsk-Oliwa

     

    Szanowne Panie!

     

    Niezwykłe miejsce, którego jesteście Panie twórczyniami, ma zapewniać – sądząc po stronie "www" Centrum Kota Edwarda – "optymalne warunki do twórczej zabawy nie traktowanej jako <<zapełniacz>> czasu dzieci, ale jako narzędzie świadomego pobudzania ich rozwoju intelektualnego, emocjonalnego i fizycznego".

     

    To świetna dewiza. Niemniej, w harmonogramie organizowanych przez Panie spotkań ujrzałem dziś zaplanowaną na 2 października promocję książki "Z Tangiem jest nas troje", traktującej o homoseksualnej parze pingwinów, wychowujących małego pingwinka. Promocja skierowana jest do dzieci (jak można o tym przeczytać w programie imprezy zamieszczonej na blogu Roberta Biedronia, zob. http://robertbiedron.blog.onet.pl/). Mym skromnym zdaniem organizacja tejże promocji dewizie Centrum zaprzecza.

     

    Wydarzenie to jest fragmentem szeroko zakrojonej, ogólnopolskiej akcji prowadzonej przez Kampanię Przeciw Homofobii, która to akcja – sądząc po tym, jakie echa wywołała ta sama książka za granicami naszego kraju i po wypowiedziach wydawcy – z założenia obliczona została na rozgłos, gwałtowną dyskusję, medialny hałas. Bez wątpienia sprowokuje ostre protesty, w tym i MÓJ PROTEST – połączony z MOJĄ GORĄCĄ PROŚBĄ, abyście Panie powyższą imprezę z programu Centrum SKREŚLIŁY.

     

    Niezależnie od opinii Pań na temat samej książki, pozostaje faktem, że czynicie Panie prowadzoną przez Was instytucję aktywnym uczestnikiem kontrowersyjnego wydarzenia o niejednoznacznym wydźwięku. W związku z tym spada na Was duża odpowiedzialność, jako na osoby zajmujące się wychowaniem Dzieci. Czy nie uważacie Panie, że Dzieciom można by po prostu oszczędzić uczestnictwa w tak drażliwym sporze prowadzonym przez dorosłych?

     

    Piszę tak, sądząc, że decyzja Pań wynika zapewne z Waszych poglądów, a nie ze zdezorientowania czy nieświadomości. Z poglądami nie zamierzam w tym miejscu dyskutować; apeluję w zasadzie tylko do Waszego elementarnego poczucia uczciwości wobec Podopiecznych.

     

    Poza tym uważam – i tu jestem przekonany o prawdziwości mojego osądu, choć podejrzewam, że Panie go nie podzielają  – iż książka "Z Tangiem jest nas troje" wpisuje się w powszechne we współczesnej kulturze zjawisko rozmywania granic pomiędzy tym, co jest szkodliwe – a co pożyteczne, pomiędzy tym, co jest dobre a złe, pomiedzy tym wreszcie, co jest prawdą – a co kłamstwem. Takie rozmycie, zwłaszcza jeśli dokona się go w umysłach dzieci, bywa już nieodwracalne. Uważam, że jest po prostu DEPRAWACJĄ.

     

    Proszę też zauważyć, że w tej sytuacji nie ma miejsca na "eksperymenty". Trzeba być pewnym tego, co się oferuje Najmłodszym w dziedzinie wartości podstawowych. Z tychże podstawowych wartości wypływają też poglądy, dotyczące tego, czym jest małżeństwo, a czym para homoseksualna i jak należy o nich mówić. Temat ten nie może więc nie wzbudzać najwyższych emocji. Nie może też pozostać obojętny dla mnie, jako chrześcijanina i katolika, który ostatniej niedzieli słuchał słów Chrystusa o wielkiej odpowiedzialności ludzi, którzy staliby się "powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą…"

     

    Bardzo możliwe, że odrzucacie Panie takę ocenę książki i stanu współczesnej kultury. I niewykluczone, że byłybyście skłonne zapytać niczym Piłat w Ewangelii św. Jana: "Cóż to jest prawda?" On jednak miał przynajmniej, jak się zdaje, pewne wątpliwości. Liczę na to, że i w Paniach narodzi się wątpliwość, choćby  co do sensu angażowania Waszej instytucji w kontrowersyjną akcję, albo przynajmniej co do sensu zapraszania do udziału w niej Waszych Podopiecznych.

     

    z poważaniem

     

    Jacek Kowalski

    historyk sztuki, adiunkt w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

     

    - – - – - – -

    DO WIADOMOŚCI:

     

    abp Sławoj Leszek Głódź, Metropolita Gdański

    sekretarz@diecezja.gda.pl

     

    Zdzisław Szudrowicz, Pomorski Kurator Oświaty

    kuratorium@kuratorium.gda.pl

     

    ks. Mirosław Paracki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Gdańsku sstanko@diecezja.gda.pl

     

    Gdański Oddział Polskiego Towarzystwa Psychologicznego

    ptp@amg.gda.pl

     

    portal: www.fronda.pl

    Komentarzy: 4

  • PUNKT XIX : honor a dobra lokata polityczna

    piątek,4 września 2009,07:06

    kategoria: Wiadomości

    …A propos Polaków, wolności, Cara i zachodnich sojuszy. Żeby nikt nie łudził się co do tego, czy w latach wojny przywódcy Zachodu wiedzieli, czy nie wiedzieli, jak wyglądać miało „wyzwolenie” niesione Polsce przez Sowietów -

    De Gaulle jakiś czas po upadku Powstania Warszawskiego udał się z wizytą do Moskwy, gdzie z początku niczego z Sowietami nie chciał podpisać, bo głównym celem Stalina okazało się: doprowadzić do uznania przez Francję „rządu lubelskiego”. Co oznaczało uznanie tego „rządu”?. De Gaulle w swoich pamiętnikach pisze o tym wprost:

    „Jeżeli byłem zdecydowany nie anga­żować odpowiedzialności Francji w akcję zniewolenia narodu polskiego, to nie dlatego, jakobym się łudził, że ta odmowa może mieć jakiś praktyczny skutek. Nie mieliśmy oczywiście środków, żeby przeszkodzić Związkowi Radzieckiemu w urzeczy­wistnieniu swego planu. Przeczuwałem zresztą, że Ameryka i Wielka Brytania pozwolą mu na to. Ale jeśli w danej chwili stanowisko Francji znaczyło niewiele, to jednak fakt, że zajęła je ona w takim właśnie momencie, mógł w przyszłości nabrać doniosłego znaczenia. Przyszłość trwa długo. Wszystko kiedyś może się zdarzyć, nawet to, że akt zgodny z honorem i uczciwością okaże się w ostatecznym rachunku dobrą lokatą polityczną.”

    Bez komentarza.

    Komentarzy: 3

  • PUNKT XVIII: Cztery cytaty czyli Mickiewicz geniusz

    środa,2 września 2009,15:03

    kategoria: Wiadomości

    …pewnie wielu dyplomatów zadrżało, gdy nagle premier Putin wyjął z ucha słuchawkę, pochylił się do Angeli Merkel i na chwilę uniósł z krzesła…

    Paweł Reszka, „Rocznica września, czyli jak mówić prawdę”, Der Dziennik z 2 września 2009, s. 2

    Car dziwi się – ze strachu drżą Petersburczany,

    Car gniewa się – ze strachu mrą jego dworzany;

    Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara

    Jest Car. – Car gniewny: umrzem, rozweselim Cara.

    Adam Mickiewicz, „Reduta Ordona”

     

    Powiemy, że my przyszli tu z wizytą, pili

    Sobie, tańczyli, trochę sobie podchmielili,

    A Płut przypadkiem ognia zakomenderował,

    Bitwa ! -i batalijon tak jakoś zmarnował.

    Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz”

     

    …Syn twój wezwany do boju bez chwały…

    …Wyzwanie przyszle mu szpieg nieznajomy,

    Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,

    A placem boju będzie dół kryjomy,

    A wyrok o nim wyda wróg potężny…

    Adam Mickiewicz, „Do Matki Polki”

    PS. Moja Mama, gdy czytałem Jej powyższy tekst z "Der Dziennika", trochę nie dosłyszała i bardzo się dziwiła, że premier Putin podniósł Panią Merklel z krzesła. Tak bardzo nie była w stanie pojąć, że dyplomaci mogli zadrżeć na samo podniesienie się z krzesła pana Putina solo.

     

     

    Komentarzy: 10

  • PUNKT XVII: CAR DOBRODZIEJ ŁASKAW

    poniedziałek,31 sierpnia 2009,17:17

    kategoria: Polityka

    No i mamy.

     

    Najpierw ruskie bombardowanie opinii publicznej skandalicznymi tezami o współpracy II Rzeczypospolitej z Hitlerem.

     

    Coś takiego nie mogło się zdarzyć bez rozkazu Putina.

     

    Ale oto po bombardowaniu przez propagandowe pionki przyszedł czas na głos samego Putina. I tu nagle objawienie – Putin jest dla nas łaskaw! Pisze jakby nie ten sam człowiek! Cóż za przemiana!

     

    W swoim „Liście do Polaków” z początku  krytykuje długo i rozwlekle instrumentalne traktowanie historii i przy okazji przyznaje, że pakt Ribbentrop-Mołotow „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić”. Pisze wprawdzie zaraz, że w tamtej sytuacji wielu paktowało z Hitlerem, że i Anglia, i Polska; że było Monachium, że było Zaolzie, że Stalin musiał szukać pokoju z Niemcami, mając jednocześnie wojnę z Japonią. I przy tej okazji formułuje Putin piękną zasadę: „rozsądnej i odpowiedzialnej polityki, wychodzącej poza granice moralne i prawne, być nie może”.

     

    Potem wspomina o braterstwie broni wszystkich aliantów – tych z Zachodu i ze Wschodu; i o tym, że w Polsce spoczywa „600  tys. żołnierzy Armii Czerwonej, którzy oddali życie za jej wyzwolenie”. Dziękuje Polakom za troskę o sowieckie cmentarze. Twierdzi zarazem, że „naród rosyjski, którego losy zniekształcił reżim totalitarny, dobrze rozumie uczulenia Polaków związane z Katyniem”, ale wspomina i „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku”. Wreszcie wyraża nadzieję, że stosunki polsko-rosyjskie „wcześniej czy później osiągną tak wysoki, z prawdziwego zdarzenia partnerski poziom”, jak współpraca rosyjsko-niemiecka.

     

    Tym listem zarobił sobie Putin, o dziwo, na pozytywny komentarz moskiewskiego korespondenta „GazWyboru”, Wacława Radziwinowicza. By nie być gołosłownym, zacytuję: „W Rosji, podobnie jak w Polsce, zastanawiano się, co rosyjski premier powie Polakom. Niektórzy z ekspertów wyrażali obawę, że możemy usłyszeć coś w rodzaju gniewnej <<mowy monachijskiej>> Putina z 2007 r., którą uznano za początek nowej zimnej wojny. Tekst, który dziś publikujemy, dowodzi, że się mylili” („GazWybor” z poniedziałku 2009, s. 1).

     

    Rozumiem, że to komentarz polityczny, a nie logiczny. O rosyjskiej kampanii oszczerstw „GazWybor” pisze bowiem, i to ostro, tuż obok. Tylko – zapewne z przyczyn ogólnodrażliwych – jej komentarze nie łączą oszczerstw z Putinem, a jedynie ze „służbami”. W zamieszczonym tamże tekście Adam Rotfeld pociesza nas, że w kampanii oszczerstw „nie występują poważni historycy”, co „wystawia dobre świadectwo rosyjskiej nauce” („GazWybor” z poniedziałku 2009, s. 2). Zgoda! No ale co z Putninem?

     

    Bo przecie na tym tle list Putina jest podwójnie straszny. Pomijam już frazesy o moralności w polityce, które pod jego piórem (współautora wojny czeczeńskiej etc.) zakrawają na kpinę lub prowokację, albo na jedno i drugie. Ale o słusznych normach w traktowaniu historii pisze tu (i to z jakim zapałem!) człowiek, który    j e d n o c z e ś n i e    z zimną krwią zleca przeprowadzenie kampanii historycznych oszczerstw. Nie ma wątpliwości: list został zaplanowany jako ważny element tejże kampanii – a jego publikacja odbywa się w najlepiej wybranym momencie, wtedy właśnie, gdy kampania powoli osiąga swoje apogeum.

     

    A najważniejszy efekt tego zabiegu jest chyba taki, że na tle oszczerstw – czyli   d z i ę k i   nim – list Putina wydaje się ugodowy i do przyjęcia. Że się takim wydaje, świadczy powyższy komentarz Wacława Radziwinowicza. A że ugodowym i do przyjęcia nie jest – to łatwo stwierdzić.

     

    Przecie mimo wspomnień o totalitaryzmie Putin wyraża się o Związku Sowieckim tak, jakby można było to krwawe, zbrodnicze państwo traktować na równi z zachodnimi demokracjami. A prawda jest taka, że w 1939 roku zarówno wojna prowadzona przeciwko Hitlerowi, jak i wojna z Sowietami Stalina byłaby wojną sprawiedliwą i słuszną.

     

    Dalej, Putin wspomina o Katyniu, to świetnie. Ale Katyń bynajmniej nie wyczerpuje tego, co zgotowała Polsce Sowiecka Rosja. Katyń nie był jakimś epizodem, tylko szczegółem szeroko zaplanowanej eksterminacji narodu, której początkiem zaledwie okazała się zbrojna agresja w dniu 17 września. Miliony niewinnych Polaków przesiedlonych, pozbawionych zdrowia i życia w latach 1940-1941 – oto niepełny, bo przerwany przez atak Hitlera na Sowietów, efekt tych eksterminacyjnych działań. Powtórka, już w innym wymiarze, nastąpiła po roku 1944.

     

    Z tego tytułu wzmianka w liście Putina o „wyzwoleniu” przez Armię Czerwoną nie może nie wywołać w polskich czytelnikach irytacji, i nie przypomnieć wiersza, jaki jaki Józef Szczepański napisał w sierpniu 1944 roku na skrawku wolnej polskiej ziemi pomiędzy armiami Hitlera i Stalina: „Czekamy Ciebie czerwona zarazo | Byś wybawiła nas od czarnej śmierci”.

     

    Putin wie doskonale, lepiej niż ktokolwiek inny, czym było wejście Armii Czerwonej na terytorium Polski w roku 1939 i w roku 1944. Armia Czerwona nie niosła Polsce wyzwolenia, lecz kolejne krwawe zniewolenie. Niestety, zarazem owo zdanie o rzekomym „wyzwoleniu” może się wydawać najłatwiejsze do przełknięcia przez polskich czytelników, bo jest na pozór najbardziej „łagodne” i „ugodowe”. Na tle…

     

    I kto wie, czy właśnie nie o to kłamstwo w tym całym liście chodzi. Ono to wszakże ma szansę utrwalić się w ogóle. Ma szansę, bo ostateczna okupacja Polski nastąpiła w momencie, kiedy Sowieci byli sojusznikami państw demokratycznych. Bo państwa demokratyczne usankcjonowały wówczas działania Sowietów. Stały się ich wspólnikami. Trudno to zanegować.

     

    A napomknięcie o obecnej dobrej współpracy Rosji i Niemiec może już tylko wywołać smutny uśmiech, no i oczywiście przypomnienie paktu Ribentropp-Mołotow.

    Komentarzy: 5

  • PUNKT XVI: POWSTANIU MÓWIMY STANOWCZO HURA

    środa,29 lipca 2009,20:26

    kategoria: Wiadomości

    || czyli polska religijna propaganda antywojenna ||

    || Ojciec dominikanin || W latach wczesnej młodości nasz duszpasterz, Ojciec X (dominikanin) zaliczył Powstanie Warszawskie. Między innymi brał udział w nieszczęsnym szturmie na dworzec kolejowy, w gromadzie młodzieńców po wiekszej części, niestety, nieuzbrojonych. Szturm skończył się tragicznie, a Ojciec X zawsze komentował Powstanie w sposób krótki i zdecydowany: „bezsens, kretyństwo, katastrofa, bezmózgowie”.

    || Kanał || No i ostatnio Ojciec X odwiedził nas po latach w domu naszym. A ponieważ nasza Młodzież nie znała mego Dziadka – był Ojciec X pierwszym żyjącym Powstańcem Warszawskim, jakiego zobaczyć miała z bliska, posłuchać, któremu wreszcie mogła postawić jakieś pytania.

    Zatarłem ręce – i znając zdanie Ojca X na temat Powstania, poprosiłem o dobrą lekcję historii, a to w celu uświadomienia Młodzieży. Przyda się jej parę słów prawdy, bo jest nastawiona do tematu zbyt hurra-optymistycznie. Tu napomknąłem Ojcu X, jak to wspomniana Młodzież nasza (konkretnie chodzi o trzy osobniki z sześciu, te środkowe, czyli w wieku lat 6-9-11) rok temu w okolicach pierwszego sierpnia wykazała się bezmózgowiem i kretyństwem. Otóż bez naszej (rodziców) wiedzy niszcząc grządki w ogródku sporządziła kilkumetrowy kanał (to znaczy: rów nakryty dechami), do którego nalawszy wody, przeczołgiwała się przezeń pół dnia. Miała to być radosna rekonstrukcja koszmaru, czyli ewakuacji Starówki do Sródmieścia, pod przewodem "Stokrotki".

    Z tego tytułu – rzekłem Ojcu X – potrzebne jest w domu naszym antidotum na kretyństwo.

    || Nauka || Ojciec X pokiwał ze zrozumieniem głową, obiecał spełnić zapotrzebowanie i zaczął, jak to on zwykle. „Byłem, widziałem, bezsens, kretyństwo, katastrofa, bezmózgowie”. Tak przez kwadrans. Tyle, że jakoś nie miał ochoty kończyć. Przez następne minuty stale podwyższał ton głosu i mówił coraz szybciej. Usłyszeliśmy szczegółową opowieść o zaprzysieżeniu Jego oddziału na wierność Bogu i Ojczyźnie, a potem, minuta po minucie, o pierwszym dniu Powstania. I o tym, jak Ojciec X strasznie chciał mieć peema, jak wreszcie dorwał się do karabinu i jak Go trapiły skrupuły, bo pudłował do Szwabów i marnował amunicję… a na swoje usprawiedliwienie miał tylko to, że nie wiedział, iż ma astygmatyzm, co się okazało dopiero po wojnie.

    W duszpasterstwie to zawsze nam mówił, że nieustannie Panu Bogu dziękuje za tę wadę wzroku – bo dzięki niej nikogo nie zabił. Ale teraz zabrzmiało to jak prawdziwy wyrzut sumienia. „Bo wiecie – mówił naszej Młodzieży – była przecież docelowa zasada: każdy pocisk – jeden Niemiec! a ja, mój Boże! dureń! nie mogłem trafić…” I potem opowiedział nam jeszcze i o tym, jakie to bezsensowne jatki były, jak jego bezbronnemu koledze urwało w akcji nogę… i tenże kolega zwierzył się Ojcu X w powstańczym szpitalu, że dałby sobie chętnie jeszcze i drugą nogę urwać, gdyby mógł jeszcze raz taki pierwszy sierpnia przeżyć.

    Młodzież słuchała z otwartymi ustami, a ja byłem zwyczajnie zadowolony, że właściwy Autorytet uświadomił Ją co do bezsensu Powstania Warszawskiego, i że krzepiąca wiedza spłynęła na kolejne pokolenie.

    Komentarzy: 22

  • PUNKT XV: A GDYBY TAK WOJNA

    niedziela,19 lipca 2009,16:04

    kategoria: Wiadomości

    Poprzypuszczajmy sobie. Obama wraca z Moskwy do Stanów, niby spokój, a tu – wojna nagła USA, albo i całego NATO, z, dajmy na to: Chinami, Koreą, Iranem, Irakiem et caetera. Korzystając z tej chwili Putin dokonuje pokojowej (no, pokojowej w miarę możliwości) aneksji Białorusi, Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii. Nasz rząd i sejm jednogłośnie protestują, a w odpowiedzi rosyjska armia wchodzi do Polski. Odpalone przez nas „Patrioty” (do czego innego służą, w ogole ich nie ma, no, ale załóżmy), okazują się atrapami z papieru i styriopianu, kierownictwo NATO rozkłada ręce, a Obama w dramatycznym i łzawym, telewizyjnym przemówieniu wzywa Polaków i Rosjan do ugodowego załatwienia sprawy. W odpowiedzi na tę inicjatywę Putin proponuje negocjacje i wysyła do Polski elegancki, rządowy samolot z zaproszeniem dla polskich przywódców. Wsiadają doń wspólnie bracia Kaczyńscy, Marek Jurek, Rokita, Korwin-Mikke, Giertych, Lepper i Tusk, jako narodowa delegacja. Po przybyciu do Moskwy okazuje się, że zamiast rozmów czeka ich proces za liczne i potworne zbrodnie wymierzone w naród rosyjski. Tymczasem w Warszawie ujawnia się nowy, jak sam twierdzi: prawowity rząd, który nagłaśniając skandale dotyczące zatrzymanych w Moskwie polityków (wszyscy te skandale znamy), ogłasza, że z konieczności musi przejąć władzę. Putin traktuje tę sytuację ze zrozumieniem i uznaje nowy stan rzeczy, zaś NATO i Obama oddycha z ulgą – konflikt został zażegnany!

    Tak może się stać już jutro, ale przede wszystkim tak już się stało: w ten sposób zaproszono do Moskwy „Szesnastu”, czyli reprezentantów naszego podziemnego parlamentu – Rady Jedności Narodowej, w momencie, gdy Armia Czerwona zajęła nasze ziemie w roku 1945. Zamiast na Kreml, „Szesnastkę” zawieziono limuzynami do moskiewskiego więzienia na Łubiance, po czym urządzono im śledztwo, po czym urządzono pokazowy proces. W liczbie szesnastu był też mój Dziadek, Stanisław Michałowski.

     

    Wiecie Państwo Szanowni, czym zajmowało się tych „Szesnastu” w momencie, kiedy lecieli wojskowym, sowieckim samolotem ku Moskwie? No, zgadnijcie! Otóż ustalali między sobą, kto osobiście, wzglednie czyja partia jakie ministerstwo weźmie w razie czego.

     

    Wiem, że w chwili, w której piszę te słowa, opisana sytuacja wydaje się zwykłą aberracją… Ale nic z tego. Nie było w tym zachowaniu „Szesnastki” ani głupoty, ani zbrodni, ani zaprzaństwa – była realpolityka. Wprawdzie nierealna, bo panowie zapomnieli, że sowieci zdecydowanie wolą takich ministrów, których sami do ministrowania namaścili i wyszkolili (zresztą, Stalin był zdaje się całkowicie zaskoczony, że po zatrzymaniu pierwszych trzech przywódców – to znaczy generała Okulickiego z towarzyszami – reszta się następnego dnia mimo wszystko stawiła na spotkanie, mimo że akowska „dwójka” ostrzegła ich o niejasnej sytuacji; na taką naiwność nikt w Moskwie nie był zdaje się przygotowany).

     

    Ale przecież, gdyby się „Szesnastu” na rozmowy z sowietami nie stawiło, albo uciekło w pół drogi (za czym podobno obstawał usilnie mój Dziadek – nie wiem, czy słusznie – bo początkowo wystarczył skok z niestrzeżonej, wolno wlokacej się limuzyny w tłum, na pruszkowskiej ulicy), Sowieci rozgłosiliby z pewnością, że polski podziemny parlament oszukał dobrego Stalina i zerwał negocjacje, obnażając oblicze i oszukując stronę sowiecką, która zyskałaby automatycznie moralne prawo do… tego wszystkiego, co już i tak właśnie robiła. Nadto wiadomo, że z sowietami nic nigdy nie wiadomo, więc kazda w gruncie rzeczy ewentualność była możliwa; i trudno dziwić się okrzykowi jednego z Szesnastu do drugiego z szesnastu, kiedy podjechali limuzynami pod więzienie na Łubiance: „Panie mecenasie, jaki piękny hotel!”

     

    A poza tym lotna podróż do Moskwy stanowiła dla polskich podziemnych polityków unikalną okazję do wzajemnych kontaktów. W podziemnej Radzie Jedności Narodowej niekoniecznie wszyscy znali się i spotykali osobiście, jako że był to twór konspiracyjny. Nie mówiąc już o tym, że poszczególni panowie reprezentowali partie względem siebie dość najeżone – endecy, ludowcy, socjaliści… Bo to było właśnie tak, jakby się  spotkali ze sobą w takich okolicznościach: bracia Kaczyńscy, Marek Jurek, Rokita, Korwin-Mikke, Giertych, Lepper i Tusk… Sytuacja lotu nad Moskwą zdecydowanie przyczyniła się do zadzierzgnięcia więzów wzajemnych pomiędzy nimi – niestety, za późno…

     

    Odsyłam do odpowiedniego fragmentu wspomnień mego Dziadka: http://www.jeden-z-szesnastu.pl/nadmoskwa.html, i do jego biogramu: http://www.jeden-z-szesnastu.pl/biogram.html , na stronie Jemu poświęconej: http://www.jeden-z-szesnastu.pl

    Komentarzy: 2

  • PUNKT XIV: TERAZ SARMACJA

    środa,15 lipca 2009,19:12

    kategoria: Wiadomości

    TERAZ SARMACJA – to moje hasło dobrej roboty. Wznosząc je (i jednocześnie nagrywając materiał piosenkowosarmacki pod tym samym tytułem) nie podyskutuję, niestety, o sposobach przykrawania sarmackiego systemu na współczesną miarę, czyli o tym, jak  p o w i n n a  wyglądać polityczna rzeczywistość Europy środkowowschodniej.  Zresztą mam po trosze wrażenie, że opiewająca te możliwości (ciekawa) propozycja Bartosza RadziejEwskiego, opublikowana na i we Frondzie, jest BARDZIEJ „sarmatyzmem” okraszona, NIŻ zeń dokładnie wynika.

     

    Nic to złego. Żebym był dobrze zrozumiany: uważam, że jest tak, jak twierdzi Autor, cytując Autorytety Naukowe – tradycja istnieje o tyle i tak, o ile i jak jest przydatna współczesności i przez nią przywoływana. Bez tradycji współczesność się gubi, czy inaczej: współczesność nie pielegnująca tradycji dowodzi po prostu swojego nieistnienia, osuwa się w niebyt.

     

    Ale to nie znaczy, że pielegnowanie tradycji musi być hołubieniem WSZYSTKIEGO, co w niej można znaleźć i literalną akceptacją KAŻDEJ idei, przez tradycję podanej. Odwrotnie: pielęgnowanie tradycji – winno być logicznym, rozumnym kształtowaniem współczesności, zaprawionym ścisłymi więzami z tradycją, która jednak NIE MOŻE NARZUCAĆ żadnych rozwiązań – a jedynie je PODSUWAĆ. Tekst Pana Bartosza tak właśnie gra z tradycją i tak ją wykorzystuje; i dobrze. Jestem gotów przyklasnąć idei „republikanckiej’ przeniesionej we współczesność, a powołującej się na Sarmację. Hura.

    A jeśli coś mnie niepokoi

    w tymże tekście, to może jednak zbyteczne idealizowanie Sarmacji (pojęcie „sarmatyzmu” zostawmy na boku i proszę, nie używajmy go – autor przywołując go dośc często okazał nadmiar łaski dla publicystów epoki króla Stasia). Czując się Sarmatą i wielbiąc Sarmację – mogę chyba bez podejrzenia o niecne intencje przyznać publicznie, że jako system upadła Ona niewatpliwie pod własnym ciężarem. Sama wybiła się na mocarstwowość – i chwała jej za to – a potem się zwinęła. Przygniotły ją potencje, które nie urosłyby nigdy, gdyby nie jej słabość i niesprawność, którymi sie zaklinowała. Cóż, nihil novi – tak się z niejednym mocarstwem w końcu działo i dzieje. A czy  bezposrednią winę za to ponosi Zygmunt III, czy nie (jak twierdzi Autor0 – trudno orzec definitywnie, choc ta teza krąży intensywnie.

     

    Troszkę jednak podstępne jest zdanie

    mówiące, że to nie (cytuję:) „wewnętrzne sprzeczności, ale historyczne zaniechania wynikające z niepełnego rozwinięcia się sarmatyzmu doprowadziły do odcięcia go od życiodajnych soków I RP – od ekspansji na Wschodzie”. Po pierwsze, nie wiemy, co by było gdyby: to hipoteza niesprawdzalna. Czy „przyłączylibyśmy” Rosję republikancko? A może na odwrót, zaprowadziłby się u nas ruski zamordyzm w wyniku spiknięcia z intencjami króla? Niedocieczony wątek.

     

    A po wtóre wewnetrzne sprzecznosci TO SĄ miedzy innymi właśnie zaniechania. Na przykład zaniechanie przyznania prawa do szlachectwa ergo obywatelstwa Kozakom – tutaj akurat nie monarcha, ale sami Sarmaci odmówili poszerzenia Sarmacji, rzekomo tak otwartej dla obcych, o nowych członków.

     

    Odpowie autor, że o to mu właśnie chodziło – o ten moment trudnej decyzji i nieuregulowanej regulacji, która powinna określić, jak powoływać na nowych członków Sarmacji; i że to jest właśnie owo „niedokończenie”.

     

    No tak. Ależ cała Saramcja zasadzała się właśnie na prymacie szlachty, narodu politycznego, do którego należało się z urodzenia. Ta zasada już w XV wieku była ustalona. Potem się nasz stan szlachecki tylko jeszcze bardziej domykał…

     

    Nie wyglada więc wcale na to, że „sarmatyzm był próbą wypracowania koncepcji narodu na tyle pojemnej, aby zmieścili się w niej nie tylko Polacy i Litwini, ale też Rusini, a w mniejszym stopniu Żydzi, Ormianie, Tatarzy, Niemcy czy Włosi”. Jako szlachta – tak, jeśli ich przedstawiciele zyskaliby, każdy z osobna, indygenat. Owszem, w praktyce poszczególne wspólnoty religijne i narodowe miały w Sarmacji swoje miejsce, ale nie rządziły. Rządzili Sarmaci, jako szlachta. Pod tym względem sarmacki republikanizm zdawał się często Europie „dzieckiem późnego średniowiecza”, albo nawet spuścizną epoki państw barbarzyńskich i wczesnośredniowiecznych, kiedy to wiecowe zgromadzenia wojowników decydowały o polityce wodza ergo i państwa.

     

    Jednak te gdybania

    nie są dla mnie najistotniejsze i tymczasem upierał się nie będę. Moje podwórko osobiste – to tylko skromna teza, czy raczej postulat, jaki miałem ochotę przedstawić trzy lata temu w książeczce „Niezbędnik Sarmaty”. Reakcje na ową pozycję były skromne acz znamienne, troszkę podobne do zestawu notek frondonautów pod esejem Pana Bartosza. To znaczy: część czytelników cieszyła się, że głoszę chwałę Sarmacji, ubolewając zarazem, że ogół postponuje tak piekną tradycję, przewyższającą inne narodowe tradycje Europy. A zatem: hura. Druga cześć czytelników mówiła natomiast: co za bzdury, sarmatyzm winien jest upadku państwa, sarmatyzm to uosobienie wszystkiego co najgorsze, po co to chwalić, po co tego dotykać. A jak kto był historykiem, to, bywało, dodawał: „moja wiedza to potwierdza! Sarmatyzm był be! Pan Kowalski plecie”.

    Chodziło mi jednak o co innego,

    a podobne notki w internecie potwierdzają zasadnicze niezrozumienie mego postulatu – oraz chyba po prostu fakt niezapoznania się z książeczką. Otóż o ile, oczywiście, wielkie znaczenie ma właściwa, dodatnia lub ujemna ocena sarmackiej epoki w dziejach Polski – to jednak NIE ZAMIERZAŁEM WCALE wypowiadać się na temat PRZYCZYN  upadku Rzeczypospolitej ani też wymagać dla niej statusu najlepszej, najdoskonalszej kultury w Europie. Nie. Główna moja  myśl leżała gdzie indziej – i nie przebiła się, jak widać.

    A myśl ta jest prosta:

    SARMACJA – ZŁA CZY DOBRA, JEST NASZYM PRZYRODZONYM DOBREM MEDIALNYM, które może być naszą dumą i narzędziem do wybicia się na ZAISTNIENIE w świecie. Nawet, jeśli przyjmiemy, że Sarmacja sama była winna swojej klesce ostatecznej, to zarazem pamiętajmy, że niejedno państwo zawaliło się w świecie, ale rzadko które było mocarstwem o oryginalnej kulturze. Sarmacja upadła, ale była takim rzadkim, oryginalnym ptakiem-mocarstwem: dzięki niej w ogóle istniejemy, bo to to ona wyposażyła nas w swoisty jezyk, strój, obyczaje, tradycję myślenia politycznego, religijność. Była też pod wieloma wzgledami piękna. No, była i brzydka, i z tego tytułu wolno ją krytykować, ale nade wszystko warto ze wszech miar WYKORZYSTAĆ jej medialne atuty, jej ORYGINALNOSC i ODRĘBNOŚĆ, które w dzisiejszym świecie są potencjalnym bogactwem. No i od tej strony nie ma sensu przypisywac Jej etykietek lewicowych czy prawicowych, pisowskich czy platformerskich, bo to skaże Ją na istnienie tylko w partyjnych przepychankach. Ona powinna być ponadpartyjna, jako pomost do naszego pokazania się Europie W OGÓLE.

    Argumentem przeciwko

    tej powyższej mojej tezie nie może być krytyka Sarmacji (czy, pies go drapał, sarmatyzmu) jako takiej. Kto taką krytyką odpowie, nielogiczny jest i nie rozumie, o co chodzi: bo nie chodzi o to, czy Sarmacja była dobra, czy zła. Argumentem przeciwko powyższej tezie mógłby być tylko wywód dowodzący jednoznacznej nieprzydatności Sarmacji do medialnej promocji naszej Ojczyzny. Sformułowania takiego wywodu nikt się chyba na serio nie podejmie, bo wiadomo, że wypromować dziś można naprawde wszystko, a już zwłaszcza to co jest be. Tylko trzeba chcieć. Ponadto dzieje współczesnej kultury medialnej widziały światowe kariery zjawisk, kultur narodowych, osób, które są od Sarmacji znacznie uboższe.

    W czym więc problem?

    W tym, że POLACY gremialnie NIE CHĄ promocji Sarmacji. Że o ile Jej wpływ na nasza współczesną kulturę jest wielki – to zarazem nieuświadamiany. Przeciętny poziom znajomości Sarmacji, jej literatury, pamiątek, osób, myśli, sztuki okazuje się żenująco niski. Automatycznie medialna promocja – która zawsze przecież musi operowac uproszczeniem – tym razem bywa uproszczeniem uproszczenia, startując od poziomu albo obrazka: "husarz na koniu i przaśna waćpanna vel białogłowa", albo obrazka: "chlejący warchoł sejmowy w rzygowinach".

     

    Toteż tylko w drobnej części rację ma Pan Bartosz pisząc, że teraz wszystko i wszyscy za promocję Sarmacji się wzięli (swoją drogą myli się Autor dogłębnie, gdy pisze, że ostatnio „w muzeach zaroiło się od portretów trumiennych i pasów słuckich” – zawsze tam przecie były, a ich liczba nie uległa zwiększeniu, nie wiem, jak mogłoby się od nich zaroić bardziej lub mniej?). Opinia Pana Bartosza to jednak pewne (jeszcze? oby sie rzecz zmieniła!) złudzenie. Owszem, wzięli się za promowanie Sarmacji liczni osobnicy i instytucje – ale na razie chyba jeszcze tylko jako Jej niszowi wiebiciele. Potoczne pojęcie Sarmaty – jako „człeka zapijaczonego i ciemnego” oraz sarmatyzmu – jako „ciemnoty”, a Sarmacji – jako „ciemnogrodu”, wciąż kwitnie.

     

    Przykłady?

    Proszę. Ostatnio pewien zacny (naprawdę) sponsor zamówił sobie hasło reklamowe związane z historycznym, narodowym dziedzictwem, ale zastrzegając, że słowa „sarmacki, sarmatyzm, Sarmacja, sarmata” znaleźć się w nim nie mogą, bo będą działać jako skojarzenia negatywne.

     

    Ostatnio też usiłowano zorganizować konkurs dla studentów polskich szkół aktorskich – na kreacje historyczną w szeroko pojętej dziedzinie staropolskiej, od średniowiecza do Fredry i Sienkiewicza. Jury stanowić mieli sami koryfeusze polskiej sceny i filmu, twórcy, uczestnicy i producenci najważniejszych polskich producji „sarmackich”. Jednak szkoły z całej Polski ponoć jak jeden mąż odpowiedziały, że nie są zainteresowane tego rodzaju imprezą i uczestników nie zgłoszą. W domyśle już słyszę opinie środowiska, że występować w tego rodzaju przedsięwzięciu to „obciach” godny co najwyżej amatorów…

    Ale

    jednak, jeśli zapytać muzealników, to okaże się, że zainteresowanie polską sztuką za granicami naszego kraju jest dwojakie: po pierwsze – poszukuje sie sławnych skandalistów nowych fal. Po drugie – chłonny zachodni rynek muzealnych wystaw łyknąłby chętnie każdą ekspozycję „sarmacką”, ponieważ tego w Europie nie ma i przede wszystkim tylko sarmacki wydaje sie obcokrajowcom tak naprawdę ciekawy.

    Więc, jak widać, dużo jest do zrobienia. I niniejszym raz jeszcze wznoszę hasło dobrej roboty: TERAZ SARMACJA.

    Komentarzy: 4

  • PUNKT XIII: CNOTA LUXURII

    wtorek,7 lipca 2009,21:51

    kategoria: Wiadomości

    Do tego już doszło. Nie mogę powiedzieć, gdzie i kiedy, bobym popełnił przestępstwo ujawnienia danych osobowych licznych, a na dodatek bym skrzywdził szereg osób sympatycznych.

     

    Ale aż szkoda zamilczeć, więc powiem. Otóż podczas [ – - – ] z historii sztuki średniowiecznej indagowałem, dajmy na to, pewną bardzo miłą skadinąd i nadobną, a także nie pozbawioną inteligencji Pannę Studentkę. Dla wygody załóżmy, że istnieje taka jedna Panna Studentka, ale zapewniam, że to nieprawda. Zjawisko ma szersze macki i nie ogranicza się do płci żeńskiej; skądinąd zreszta, na szczęście, większości egzemplarzy żeńskich nie dotyczy. Ponieważ jednak na historii studiuje drastyczna męska mniejszość seksualna, zobowiązany jestem bronić honoru tejże mniejszości i jako rozmówczynię zapodać Pannę Studentkę. Gdybym zapodał Pana Studenta, od razu wiadomo by było, kto zacz – i pociągnięto by mnie (słusznie) do odpowiedzialności. Będzie to więc Panna Studentka Umowna.

     

    Panna Studentka Umowna, indagowana na okoliczność Trójcy Świętej, stwierdza expressis verbis, że Trójca Święta nie są to Trzy Osoby Boskie, ale dwie osoby ludzkie i gołąb. A skąd wie? Z autopsji.

     

    Panna Studentka Umowna rzecze, że Święty Wojciech zginął podczas wyprawy krzyżowej, która miała na celu nawracanie pogan mieczem.

     

    Panna Studentka Umowna, indagowana w kwestii tak zwanych Kolumn Strzelneńskich, na których w końcu wieku XII wyobrażono personifikacje cnót i przywar – określa wyobrażenie drastycznie obnażonej Niewiasty jako personifikację „cnoty luxurii”. Czyli: cnoty rozpusty, ergo rozwiązlości seksualnej. Wszystko się zgadza, prócz połączenia słowa „cnota” ze słowem „luxuria”. Jednak Panna Studentka Umowna nie widzi w tym sprzeczności, sądzi bowiem, że każda cnota wyobrażona na Kolumnach jest z definicji żeńska, a przywara musi być męska.

     

    Byłoby to tylko śmieszne, ale nie jest, bo Panna Studentka Umowna nie wykazuje się wcale głupotą, nie: jest naprawdę inteligentna. I to właśnie zatrważa. Język Umownych Ludzi Dość Inteligentnych, czyli miejmy nadzięję Nasz Język – studiujących i nauczających – i nasza wyobraźnia, w ogóle nasze postrzeganie świata wyzbywają się w  obecnych latach podstawowych pojęć, konkretnie tych pojęć, które związane są już nie tylko wprost z wiarą, ale i z cywilizacją chrześcijańską. Powoli zaczyna się przyjmować wśród Umownych Ludzi Dość Inteligentnych, że nikomu z nich ujmy to nie przynosi.

     

    No bo do niedawna rozróżnienie pomiędzy cnotą a występkiem wydawało się jasne, a zasadę ich rozróżnienia Panny Studentki Umowne wynosiły z domu i z Kościoła (nawet jeśli miały z nim na pieńku). Teraz, kiedy na witrynie powitalnej „Wirtualnej Polski” zestawia się niusy o odnalezieniu ciała św. Pawła i nowych sposobach spółkowania z kolejnym partnerem seksualnym, a nikogo to nie dziwi i nie oburza, bo każdy może wybrać co chce i ma do tego prawo – rozróżnienie takie straciło nie tylko na ostrości, ale jakby i na zasadności, samej istności swojej.

     

    Poganiejemy więc w sposób zastraszająco szybki i co gorsza – odruchowy. Poganieje nasz sposób myślenia, kojarzenia, wysławiania się.

     

    Zdaje mi się, że w Polsce to pierwsza Fronda wymyśliła, że takim odruchom należy przeciwstawić na ile można bezwarunkowy odruch przeciwstawny, jak ów z zatykaną za szyby karteczką o „dziewczynach, które 24 godziny czekaja na twoją modlitwę”. Ale to jest odruch w sytuacjach ekstremalnych. Potrzebne są kolejne dobre pomysły na bezwarunkowe odruchy, emblematy, wszelakie inne sprawy w kwestiach równie fundamentalnych, co mniej skrajnych, codziennych i powszednich, tak, aby były jednoznaczne. Nie chodzi tu w tym momencie o modlitwę i czynienie znaku krzyża – co czynić należy niezależnie – ale o nasycanie myśli i tak zwanej „ikonosfery” współczesnego świata cywilizacją chrześcijańską. Czekam na pomysły.

     

    - – - – - – - -

    PS. Wizerunek luxurii na jednej z Kolumn Strzelneńskich ma oczywiście pewne konotacje pozytywne, bo w Antyku figura nagiej panny, zasłaniającej sobie łono, określana jako Venus Pudica, więc wstydliwa, a nie rozwiązła, była wizerunkiem pozytywnym. Naga rozwiązłość trafiła do Strzelna właśnie z antycznego wzoru, zmieniając jednak znaczenie z pozytywnego na negatywne. Ten przypis ważności powyższych elukubracji nie umniejsza.

     

    Komentarzy: 3

  • «‹ wcześniejsze

O Autorze

Jacek Kowalski

Jacek Kowalski

Jacek Kowalski, Sarmata, historyk sztuki, pieśniarz, tłumacz poezji starofracuskiej.

Kategorie

  • Wiadomości

  • Ogólne

  • Polityka

  • Rodzina

  • Religia

Archiwum

  • listopad 2009

  • październik 2009

  • wrzesień 2009

  • sierpień 2009

  • lipiec 2009

  • czerwiec 2009

  • kwiecień 2009

  • marzec 2009

  • styczeń 2009

  • grudzień 2008

Copyright © 1994-2010 Fronda. Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone

Dołącz do Klubu Fronda.pl

Zamknij

Reklama w portalu Fronda.pl

Skontaktuj się z nami! Za pomocą poniższego formularza możesz wysłać do nas zapytanie odnośnie reklamy w portalu Fronda.pl. Zapoznaj się także z innymi formami wspierania portalu.

Zamknij

Skontaktuj się z redakcją portalu Fronda.pl

Zamknij