Mama i Tata są ludźmi, a ja - Pingwinem
niedziela, 7 lutego 2010, 22:50
Jan Hartman to aktywny filozof i posiada już gdzieniegdzie pewien autorytet (lub opinię użytecznego). Zobaczyłam dziś w księgarni jego książkę "Bioetyka dla lekarzy" – otworzyłam oczywiście na aborcji. I po raz pierwszy ujrzałam w polskiej literaturze sugestię wprost, że noworodek (ludzki, dla jasności) nie jest człowiekiem.
Fakt, że nie szukałam dotąd zbyt uważnie, słyszałam tylko o Peterze Singerze czy Tooley'u, którzy zainspirowani niczym ojcowie Oświecenia Spartą, zaproponowali jej rozwiązania względem "niepełnowartościowych" dzieci. Inaczej: noworodek czy niemowlę ma być rzeczą należącą do rodziców.
Powstały już przeróżne koncepcje dotyczące praw ludzkich, prawa do życia i jego uwarunkowań. Wygibasy, jakich dokonywać muszą zwolennicy dowolności w określaniu tych uprawnień, zadziwiają już na etapie małego zaawansowania w temacie. Np. trzeba mieć interes, żeby mieć prawo do życia. Albo trzeba mieć świadomość, albo być rozwiniętym, albo trzeba, by nasze maszyny odczytały fale mózgowe, a może – kiedy osobnik może samodzielnie uciec czy dać w papę oprawcy – o, wtedy ma już wyraźnie prawo do życia.
Studia nauczyły mnie trzech rzeczy: filozofia nie jest łatwą dziedziną i w związku z tym łatwo ją spaprać. Spaprana filozofia ma tragiczne konsekwencje dla ludzkości – choć nie strzela osobiście. Ona tylko wychowuje strzelających lub niestrzelających, a nawet zdarza się jej twierdzić, że najpiękniejszym i najlepszym jest prawo do decyzji: strzelajmy bądź nie strzelajmy. To właśnie, że można strzelać lub nie, jest najbardziej postępowe i realizuje ideał Wolności…
Hartman napisał mniej więcej tak: esencjalizm ma niezwykłe dla myślenia konsekwencje. Mianowicie wynika z niego, że istota nieukształtowana, rozwijająca się jest tym samym osobnikiem gatunkowym co rozwinięta. A zatem, żołądź jest dębem, a noworodek, a nawet płód jest człowiekiem.
Nie wiedziałam, że człowieczeństwo noworodka jest dziwaczną konsekwencją – chyba że z góry przyjmuje się jakiś cel, jakiemu koncepcja ma służyć, np. uprawnienie do zabijania potomstwa. Dotąd "filozofom za dowolnością" można było postawić zarzut: odrzucenie ciągłości życia ludzkiego przed i po narodzinach skutkuje tym, że określamy człowieczeństwo dowolnie. Za chwilę powiecie, że ludźmi jesteście tylko wy sami, ponieważ rozwinęliście myślenie abstrakcyjne, co w waszych własnych koncepcjach jest najwyższą formą myślenia. To absurd!
Ale "filozofowie za dowolnością" okazali się konsekwentni i poszli tą właśnie drogą. Przytoczone powyżej słowa Jana Hartmana świadczą, że teraz będą próbowac przedstawić jako absurdalne myślenie całkiem zwyczajne: o gatunku ludzkim i jego przedstawicielach, będących w różnym wieku rozwojowym.
Pomyślmy jednak o konsekwencjach uznania, że człowiekiem jest istota zawsze inna niż ludzki noworodek (do 1 miesiąca po narodzinach), ludzki płód (po 8. tygodniu ciąży do narodzin) i ludzki embrion (od poczęcia do 8 tygodnia życia). Okazuje się, że:
- Każdy człowiek na pewnym etapie swego życia nie jest człowiekiem ale organizmem żywym X, bezgatunkowym, który tylko insynuuje swoim DNA i pojawiającymi się stopniowo cechami człowieczeństwo…
- Potomek ludzi nie jest człowiekiem
- Żaden ojciec nie spłodził człowieka, którego potem trzeba wychowywać – a zatem alimenty są bezzasadne
- Żadni rodzice nie mają zobowiązań ani praw wobec swojego dziecka, ponieważ nie powołali do życia jego, a obcy nieczłowieczy organizm żywy, pozostający tylko w jakimś tajemniczym związku z ich dzieckiem
- Bycie żywym organizmem ludzkim nie ma żadnego znaczenia dla człowieczeństwa i właściwie nie wiadomo, co je ma, ale słyszałam, że delfiny mają nieco świadomości i są całkiem niezależne…
Wbrew temu, co głoszą "filozofowie za dowolnością" i ich wychowankowie, nie potrzebuję do zdefiniowania człowieka koncepcji osoby ani uznania godności czy praw bytu potencjalnego, potencjalnego człowieka. Absolutnie nie. Wystarczają mi trzy przesłanki:
-życie
-ciągłość
-rozpoznawalność DNA ludzkiego (chwała biologom za tę przesłankę)
Wiem, że osobnik ludzki żyje i wiem, od kiedy do kiedy jest żywy. Jestem w stanie odróżnić jego konkretnie od otaczających go tkanek matki, od gamet z których powstało jego życie, od otoczenia i innych osobników. Wiem, że jego stany obecne determinują przyszłe (embrionowi zrobi się krzywdę- efekt zaważy na całym życiu tego konkretnego osobnika ludzkiego aż po setne urodziny) – czyli, że jest to ten sam osobnik ludzki. Wiem, że przez całe życie człowiek się rozwija i zmienia, a do zauważenia tego nie potrzebuję nawet obserwacji przed narodzinami. Mija czas, a on jest ciągle do wskazania palcem, konkretny organizm, konkretny – człowiek.
Te argumenty przekonują mnie o wiele bardziej, niż wizualne niepodobieństwo zarodka na początkowym etapie jego życia do dużego człowieka. Nic dziwnego, skoro powstał niemal z nicości! Oczekiwanie, aby życie człowieka zaczęło się z wielkim "puf!" po którym na scenie pojawia się półcentymetrowy Jan Hartman z malutkim egzemplarzem "Krytyki czystego rozumu" Kanta…. to przesada i – niesprawiedliwość.
Myślę, że nawet z perspektywy ewolucyjnej, to niesamowicie sprytne, że tak WCZEŚNIE (bo po 4 tygodniach życia ZNIKĄD) człowiek już wygląda całkiem przekonująco. To znaczy, że juz jest w stanie wywołać uczucia opiekuńcze u swoich rodziców i zadbać w ten sposób o zapewnienie sobie przetrwania. Tak, jakby natura wiedziała, że wymyślimy taką aparaturę do fotografowania czy filmowania. I że zdobędziemy wątpliwej wartości mozliwość zabijania swojego potomstwa, zanim zdąży się urodzić. Natura najwyraźniej bardzo chce nas przed tym powstrzymać, bo prędkość rozwoju prenatalnego jest niesłychana.

"MAM PRAWO DO SWOJEGO BRZUCHA!" (i 11 tygodni)
/http://www.world-net.net/home/sakirk/pregnancy/11%20Week%20Fetus.gif/
"Mama i Tata są ludźmi, a ja mam kilka tygodni, i chociaż niektórzy woleliby mnie nazwać pingwinem, ikrą łososia albo młodym yeti, to jestem małym człowiekiem, takim jak oni, tylko młodszym… "
Mama Muminka rozpoznała swojego synka, kiedy ten zmienił się w okropnego potworka. Myślę, że początek życia ludzkiego wymaga od Mam i Ojców znacznie mniej wysiłku. "Nie ma dzieci – są ludzie", pisał Janusz Korczak. No właśnie.
Gdyby mój Mąż starał się mnie zachęcić słowami: "Kasiu, może zrobimy małego pingwina?", wyciągając przy tym dla uzasadnienia swojej perspektywy "Bioetykę dla lekarzy" Hartmana, odpowiedziałabym od razu: "Jakub, po co nam pingwin?" Wolę dziecko, nawet takie, które na początku swojego życia jest okrągłą komórką, potem ma ogonek, ale skoro taki jest konieczny koszt każdego ludzkiego życia… W epoce oświeconej tolerancji jestem w stanie znieść nawet to, że każdy z miliardów ludzi na Ziemi od zarania dziejów rozpoczyna życie właśnie w ten niemedialny sposób.
Komentarze: 15
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

niedziela, 7 lutego 2010, 22:59
niedziela, 7 lutego 2010, 23:48
poniedziałek, 8 lutego 2010, 00:17
poniedziałek, 8 lutego 2010, 03:40
poniedziałek, 8 lutego 2010, 08:30
poniedziałek, 8 lutego 2010, 08:37
poniedziałek, 8 lutego 2010, 08:45
poniedziałek, 8 lutego 2010, 09:11
poniedziałek, 8 lutego 2010, 10:46
poniedziałek, 8 lutego 2010, 15:17
poniedziałek, 8 lutego 2010, 18:14
poniedziałek, 8 lutego 2010, 19:10
wtorek, 9 lutego 2010, 01:18
wtorek, 9 lutego 2010, 12:41
wtorek, 30 marca 2010, 23:35