• fronda.pl
  • Modlitewnik
  • Fronda.tv
  • Ciekawe
  • Blogi
  • FForum
  • Klub Fronda.pl
  • Kanał informacyjny

Szańce cywilizacji życia

  • Szokujący wywiad biskupa Pieronka

    czwartek,2 września 2010,12:30

    kategoria: Pro life

    Ten wywiad mną wstrząsnął. Nie, nie dlatego, że biskup krytykując swoich kolegów za „zadymienie PiS-em” sam wykazał się stuprocentowym zadymieniem PO. I nawet nie dlatego, że z tekstu wynika, że biskup Pieronek zupełnie nie rozumie o co toczy się spór wokół krzyża. To wszystko jestem w stanie zrozumieć, złożyć na karb różnic politycznych i zaakceptować.

    Ale w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” padają słowa, które są rzeczywiście skandalem, i które rodzą bardzo poważne pytania. Otóż biskup Tadeusz Pieronek wprost stwierdza, że zmiany prawne, jakie chce wprowadzić SLD nie są sprawą (nie ma związku z…) Kościoła. Wato przytoczyć ten fragment wywiadu w całości, bo jest on kluczowy.

    „Może zyska lewica? Grzegorz Napieralski na fali tego sporu zapowiada złożenie w Sejmie projektów ustaw o liberalizacji aborcji‚ związkach partnerskich i parytetach.

    Nawet gdyby się to udało‚ to co to ma za związek z Kościołem?

    Dotyka nauczania Kościoła w sprawie aborcji‚ moralności.

    Moralność to jest działanie zgodne z sumieniem. Jeżeli ktoś jest chrześcijaninem i ma wyrobione sumienie‚ to ustawy mu nie przeszkadzają. Jest faktem‚ że ludzie nieświadomi uważają‚ że jeżeli coś jest dozwolone prawem‚ to jest moralne”.

    Co wynika z tego fragmentu? Otóż jasno i wyraźnie ksiądz biskup oznajmił, że obrona życia, kształtowanie prawa tak, by nie pozwalało ono na mordowanie niewinnych, nie jest – jego zdaniem – sprawą Kościoła. Kościół ma się zająć moralnością, kształtowaniem sumień. Tyle, że to nie jest prawda. Gdy zabija się ludzi rolą Kościoła (także hierarchicznego) jest wielkie wołanie o to, by tego mordu zaprzestać, by zmienić prawo, tak by nie dopuszczało ono zabijania.

    Sprawa aborcji nie jest tylko sprawą sumienia, lub moralnego zachowania się. Ona jest sprawą życia i śmierci. Jeśli SLD zmieni ustawę chroniącą życie, to w imię tej ustawy będzie można mordować ludzi. I niewątpliwie będą oni ginąć! Ile osób musi stracić życie, by – według księdza biskupa – kwestia „liberalizacji aborcji” zaczęła mieć „związek z Kościołem”? Czy rzeczywiście ksiądz biskup uważa, że zabijanie to kwestia sumienia, a nie prawa?

    Nie potrafię zrozumieć takich wypowiedzi biskupa Pieronka. Nie potrafię, bo są one zwyczajnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła, ale także dlatego, że są wyrazem lekceważenia faktu, że na naszych oczach ginął miliony ludzi. A prawo to akceptuje… I dlatego jestem autentycznie wstrząśnięty tym wywiadem. Nie spodziewałem się, że tak szybko usłyszę taki język w ustach naszych hierarchów. Myślałem, że jasne nauczanie Jana Pawła II w sprawie życia i śmierci będzie jakąś szczepionką. Niestety, jak widać, nie zawsze nią jest!

    Komentarzy: 34

  • 30 tysięcy dla każdego (no prawie)

    środa,1 września 2010,20:39

    kategoria: Wiadomości

    Lewica rusza do ataku. I jak zwykle w takich sytuacjach robi się raczej straszno, niż śmieszno. A najlepszym na to dowodem jest propozycja, jaką złożyła Alicji Tysiąc Katarzyna Piekarska.

    Jaka to propozycja? Otóż Piekarska chciałaby, żeby Alicja Tysiąc wystartowała w wyborach samorządowych w Warszawie. Jej kwalifikacje są takie, że chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono.

    A jaka może być propozycja – jeśli się ona na to zdecyduje – Alicji Tysiąc dla Warszawiaków? Można ją podsumować krótko: spróbujcie zabić swoje dzieci. Najlepiej bez powodu (a za bezpodstawne uznali postulaty Tysiąc nawet ci z lekarzy, którzy standardowo wydają zgody na zabijanie), tak żeby Wam na zabójstwo nie pozwolono! Po co? Bo można na tym nieźle zarobić… 30 tysięcy piechotą nie chodzi. A panie sędziny zawsze chętnie Wam pomogą wyciągnąć te pieniądze od tych, którzy nie boją się powiedzieć prawdy o wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i o tym, co chciała zrobić (na szczęście jej nie pozwolono) Alicja Tysiąc…

    A hasłem wyborczym SLD dla Warszawy powinno być: 30 tysięcy dla każdej aborcjonistki!

    Komentarzy: 11

  • Panie Bartoś, odczep się Pan od Kościoła

    poniedziałek,30 sierpnia 2010,13:46

    kategoria: Wiadomości

    Tak krótko i jednoznacznie mam ochotę skomentować wypociny byłego dominikanina, które dziś zamieścił „Newsweek”. Zakonnik, który złamał dane Bogu i ludziom słowo, zdecydował się tym razem zająć spowiedzią dzieci przed Pierwszą Komunią Świętą. I zajął się nią we właściwy sobie, histeryczny i sfrustrowany sposób, który – nie wiedzieć czemu – uchodzi wśród dziennikarzy za dowodzący wielkiej wiedzy i ogromnego otwarcia.

    A oto kilka próbek „twórczości teologicznej”, a w zasadzie pseudopsychologicznego bełkotu profesora Bartosia.

    Zaczyna się od opisu przygotowania do spowiedzi, który ma wstrząsnąć rodzicami. A dowiadujemy się z niego, że dzieci „mają się zastanowić czy szanują rodziców, a więc czy są posłuszne matce i ojcu, czy  nie zapominają o Bogu, a więc czy odmawiają pacierz rano i wieczorem, czy przechodząc obok kościoła, robią znak krzyża? Czy nie śmieją się z kolegów i koleżanek” – oskarżycielskim tonem oznajmia Bartoś. I to ma już zmrozić serca i sumienia rodziców… Mojego nie mrozi, choć moja córka (pierwsza) już za rok do komunii świętej i spowiedzi pójdzie. I dowie się, że trzeba robić rachunek sumienia, a nawet (o zgrozo), że rodziców trzeba szanować.

    A dalej jest tylko mocniej. „Cały ten proces sprawia, że dziecko dowiaduje się od normatywnego dla niego otoczenia, że jest brudne i złe (…) W ten sposób dokonuje się  traumatyzująca inicjacja, głęboko osiadająca w psychice, bo oddziałująca na ośrodki w starej części mózgu, odpowiedzialnej za warstwy odruchowe: gwałtowny lęk, agresję, popęd seksualny (…) Lęk religijny, silny i niemożliwy do opanowania, towarzyszy dorosłym już ludziom aż do starości. I nigdy ich nie opuszcza. (…) Dla Kościoła – świadomie lub nie – jest to najskuteczniejsza, wymagająca najmniej nakładów forma utrzymanie na całe życie aktywności religijnej wyznawców, którzy bez możliwości wyrażenia swojej woli, zostają uzależnieni od religii osadzonej na pierwotnym instynkcie – lęku” – przekonuje Bartoś, by zaapelować.

    „Przedstawiony tu opis prowadzi prostą drogą do wniosku, że pierwsza spowiedź w ta wczesnym okresie życia, jest okrutną przemocą rodziców i przedstawicieli Kościoła wobec bezbronnego dziecka. Jest rodzajem wulgarnego gwałtu na psychice osoby niezdolnej do obrony. Stąd mój apel – rodzice, ratujcie dzieci. Nie pozwalajcie na taką przemoc wobec waszych małych córek i synów. Domagajcie się zaprzestania zwyczaju pierwszej spowiedzi świętej. Obudźcie się, weźcie odważnie sprawy w swoje ręce”.

    Resztę tekstu miłościwie pominę. Jest tam o „kompulsywnym warunkowaniu”, które jest głęboko niemoralne, jest o tym, że oddając dzieci Kościołowi wcale nie oddajemy ich w dobre ręce, a na koniec mamy kilka uwag o odwadze Bartosia, który naraża się pisząc taki tekst na niechęć innych duchownych. Ale on da sobie radę, bo „ma lat czterdzieści, a nie osiem” (swoją drogą czytając ten tekst można odnieść wrażenie, że ojciec Bartoś ma lat sześć, a nie czterdzieści, bo tak – jak on – na własne błędy reaguje moja córka, która zawsze uważa, że jak zbije wazon, to winien jest wazon, bo stał w nieodpowiednim miejscu, a z prof. Bartosiem jest jakoś podobnie, bo za to, że on złamał dane Bogu słowo, winien jest Kościół, z Panem Bogiem do spółki).

    I w zasadzie nie byłoby czego komentować, bowiem cały ten tekst jest jednym wielkim usprawiedliwieniem decyzji życiowych byłego dominikanina, gdyby nie fakt, że swoim pisaniem filozof ten robi wodę z mózgu zwykłym ludziom. Apeluje do nich o odrzucenie ważnego sakramentu (niestety odrzuconego już w znaczącym stopniu na Zachodzie Europy), opisuje Kościół, teologię i życie w Kościele językiem kompletnie nieadekwatnym i nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością. A robi to po to, by jak najwięcej ludzi popełniło jego błąd i odrzuciło Kościół, narażając swoje życie wieczne.

    Dlatego apeluję do Pana Bartosia: Drogi Panie, odczep się Pan od Kościoła! Rób Pan ze swoim życiem (także wiecznym), co chcesz, ale nie niszcz wiary innych! Nie niszcz pięknego zwyczaju pierwszej komunii i pierwszej spowiedzi. Zwyczaju, który jest głęboko wychowawczy. A piszę to, jako ojciec czwórki dzieci, z których jedno już w przyszłym roku będzie u pierwszej komunii. I daj Boże, żeby w trakcie przygotowania do niej, dowiedziało się, czym jest grzech, jak dotknął je grzech pierworodny, i że jest Miłość, która jej grzech może zmyć! Tą Miłością jest Jezus Chrystus. On ma moc zmienić nasze życie, także życie Tadeusza Bartosia. A Pan, Panie Tadeuszu, musi w to tylko uwierzyć. Pojednanie jest o wiele lepszą drogą leczenia własnych frustracji niż sianie nienawiści do Kościoła.

    Komentarzy: 208

  • Czym się różni PO od psa?

    piątek,27 sierpnia 2010,10:47

    kategoria: Polityka

    Takie pytanie zadał mi ostatnio pewien ksiądz z Wileńszczyzny. I odpowiedział: wszystkim, bo pies szczeka na obcych i łasi się do swoich, a PO łasi się do obcych a szczeka na swoich.

     

    Mocne zdanie! Ale, jak się patrzy na sprawy z Wilna, to jest ono jak najbardziej prawdziwe. Ostatnio prezydent Komorowski odwiedził Litwę, spędził tam urlop, spotkał się z prezydent Litwy Dalią Gribauskaite, i nawet zebrał pozytywne opinie litewskich gazet (czym zachłystywały się polskie media). Ciekawe jednak, że nie spotkał się z Polakami z Wileńszczyzny, nie miał czasu, by z nimi porozmawiać, by posłuchać, jakie mają oni problemy.

     

    A miałby czego słuchać. Wielu z Polaków czuje się zdradzonych przez Polskę (jeden z nich mówił mi wprost: Polska była zdradzona przez Francję i Wielką Brytanią, a mimo to zdradza swoich rodaków), pozostawieni samymi sobie, tylko po to, by relacje z Litwą się nie ochłodziły. A Litwa… Litwa w tym czasie karze mandatami kierowców autobusów, którzy obok tabliczek z napisami litewskimi miast (także w Polsce), do których jadą wystawiają tabliczki polskie. Nie oszczędza także nielicznych restauratorów w Wilnie, którzy mając świadomość, że większość turystów w tym mieście jest z Polski, ułatwia im życie napisami po polsku (obok obowiązkowych, co jasne napisów po litewsku). Nadal nie mamy także prawa do zapisywania polskich nazwisk po polsku…

    A nasze władze działają według zasady, jakie to ma znaczenie, skoro nas chwalą w litewskich gazetach… I łaszą się do obcych, lekceważąc swoich.

    Komentarzy: 49

  • Wprost 2020

    poniedziałek,23 sierpnia 2010,16:12

    kategoria: Polityka

    Tempo Tomasza Lisa budzi zdumienie. „Wprost” pod jego kierunkiem w kilka tygodni przekształcił się w homo-tygodnik kultowy wśród homoseksualistów i feministek. I mam wrażenie, że w homo-zaangażowaniu i promowaniu zabijania wyprzedził już nie tylko „Gazetę Wyborczą”, ale nawet TOK FM (z niezawodnymi Kubą Janiszewskim i Anną Laszuk).

    A żeby to zobaczyć wystarczy sięgnąć po ostatni numer. A w nim homo-spowiedź Jacka Poniedziałek (czyli wszyscy partnerzy i partnerki aktora. Reportaż o homoseksualistach, którzy poślubiają lesbijki (w obawie przed społeczeństwem oczywiście). Materiał o turystyce aborcyjnej z jasną sugestią, że trzeba w Polsce umożliwić mordowanie dzieci. I wreszcie felieton Magdaleny Środy, która rozprawia się z obrońcami życia…

    Jak tak dalej pójdzie, to za lat dziesięć „Wprost” będzie wyglądał tak.

     

    Zoo-spowiedź Zdziśka Wtorka. O pierwszych doświadczeniach seksualnych z końmi i kozami ze znanym aktorem rozmawia Regina Bim. – To się zaczęło bardzo normalnie. Oglądałem z kolegą książkę do biologii i zachwyciły mnie krowie wymiona. Takich nigdy nie widziałem. A do tego te narządy klaczy. To naprawdę było coś – zapewnia aktor, który żali się, że społeczeństwo wciąż nie rozumie jego orientacji i wyśmiewa się z zoofilii.

    Dalej „Ślub w obórce” reportaż o tym, jak to biedni zoofile zmuszeni są do zawierania związków partnerskich z kolegami, by móc wspólnie zajmować się swoimi żółwiami i chomikami. A wszystko po to, by uniknąć podejrzliwych spojrzeń i móc kontynuować karierę w sklepach zoologicznych… Każdy z nich zaś chciałby „wyjść z obórki” (tak za lat dziesięć zapewne nazywać się będzie wyznanie zoofilii.                               

    I wreszcie „Uciec od fikcji”, czyli materiał o konieczności wprowadzenia eutanazji dla 70-latków. Jego autorka przekonuje, że brak prawa w tej kwestii komplikuje młodym ludziom życie. Muszą oni wynajmować Ukraińców czy Rosjan, by ci załatwili sprawę. Czasem robią to oni w sposób nieodpowiedni i krwawy. A do tego Polska traci na tym interesie, bowiem płatni zabójcy (ops przepraszam fachowcy od eutanazji) nie płacą u nas podatków. Smutne jest również to, że muszą zajmować się oni swoim fachem potajemnie i nie wiadomo, na ile są skuteczni.

    A na deser profesor Piątek, która zapewnia, że fakt, że w Polsce nadal nie ma prawa eutanazyjnego jest tylko kwestią władzy starych nad młodymi. – To ci starcy sprawiają, że młodzi ludzie nie mogą się uwolnić. To oni wymagają opieki za wychowanie. A przecież człowiek ma prawo do wolności. I państwo powinno mu to zapewnić, tak by nie musiał się on męczyć z ojcem czy matką (cóż to zresztą za przestarzałe określenia)… – przekonuje prof. Piątek.

     

    Nie wierzycie, że tak będzie? Przekonamy się… I oby nie było gorzej. 

    Komentarzy: 81

  • Czekam na reakcję… I wiem, że się nie doczekam

    sobota,14 sierpnia 2010,12:22

    kategoria: Polityka

    To już nawet nie jest obrzydliwe. Człowiek, którego nazwiska nie wymieniam z szacunku dla swojego bloga, przekroczył już wszelkie granice. Wyrażanie nadziei na śmierć innego człowieka, uznanie, że czyjaś śmierć oznaczałaby dobry rok dla Polski – to już nie jest głupia, kretyńska zabawa, ale to coś dużo więcej, coś co pokazuje, że ten człowiek  nie jest już godny, nie powinien uczestniczyć w debacie publicznej. Powinien być skazany na infamię, a wykluczony z partii, a ludzie, którzy mają minimum honoru powinni przestać podawać mu rękę, powinni zacząć odmawiać nie tylko rozmowy, ale zwyczajnego spotkania z nim.

    Ale tak się oczywiście nie stanie. Ruch Obrony Tego Człowieka zapieje z zachwytu. Kolejni dziennikarscy ludzie bez honoru, kolejne autorytety oznajmią, że ta wypowiedź wyraża to, co „wszyscy myślą, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć”. A za chwilę jakiś dziennikarz oznajmi, że już za chwilę dojdzie do zamachu na Bronisława Komorowskiego.

    Partyjni koledzy zaś oznajmią, że im oczywiście przykro, ale oni nie mogą nic z tym zrobić, bo „Janusz jest wolnym człowiekiem”. Premier wyrazi smutek, prezydent zafrasowaną minę, a Jarosław Gowin (Jarku, zrób coś, bo to dla Ciebie obciach być w jednej partii z facetem, którym pisze takie rzeczy, który jest już nawet nie nihilistą, ale znacznie gorzej, obciach, którego nie da się zmyć) zapewni, że tego typu wypowiedzi są niedopuszczalne. A facio z Biłgoraja (może jakieś oświadczenie Rady Miasta, która odetnie się od tego pajaca?) dalej będzie robił, co chciał. Bo ma za sobą „elity”, dla których jest autorytetem.

    I wszystko będzie się kręcić dalej. A za oszołomów, szaleńców, fanatyków chorych z nienawiści będą uchodzić nie wszystkie te Magdaleny Środy, Kayahi i inne medialno-towarzysko-salonowe autorytety, ale grupa ludzi, która modliła się pod krzyżem. To na ich potępianiu będą się skupiać księża, zakonnicy, a nawet niektórzy hierarchowie. Ich wyśmiewać będą kabareciarze. To na analizie ich stanu umysłu będą skupiać się psychoanalitycy i psychiatrzy. Facet z Biłgoraja będzie zaś uchodził za męża stanu, nadzieję polskiej sceny politycznej, ożywczy powiew, a niekiedy za niesmaczny jej element. Ale nikt go nie potępi. Nikt nie wygłosi kazania na temat tego, co mówi…

    … może zresztą i słusznie. Bo tu już nie słów trzeba, a egzorcyzmów…

    Komentarzy: 52

  • Krajobraz w trakcie bitwy

    piątek,13 sierpnia 2010,15:51

    kategoria: Polityka

    Czas się wycofać. Dla dobra Krzyża, przyszłości chrześcijaństwa w naszym kraju, ale także pamięci ofiar – trzeba ustąpić, zaakceptować prośbę Episkopatu (prośbę, której motywem nie jest sympatia dla PO czy nowego prezydenta, ale świadomość, że dalsze eskalowanie spory służy tylko przeciwnikom chrześcijaństwa i Krzyża). I to mimo ewidentnie prowokacyjnych zachowań Kancelarii Prezydenta. Przyszedł też już odpowiedni czas na choćby krótkie podsumowanie.

     

    1. W tej wojnie nie ma wygranych. Przegraliśmy wszyscy. Jej kontynuacja będzie jednak służyć tylko jednej stronie. Dlatego warto się wycofać. Jest tablica (żenujące były okoliczności jej powieszenia, oburzająca jest jej treść), jest na niej krzyż. Dalszy konflikt służyć już będzie tylko PO i realnym przeciwnikom krzyża (odróżniam te dwie grupy). Trzeba pozwolić przenieść krzyż (nie dlatego, że w tylko w kościele jest dla niego godne miejsce, ale by chronić go przed atakami antyreligijnej tłuszczy, która nie ma szacunku ani dla świętych symboli, ani dla starszych) do kościoła św. Anny, tak jak prosili o to biskupi. Będzie to także mocny dowód na to, że ludzie zgromadzeni przed Pałacem potrafią słuchać, ustąpić.

    Nie oznacza to przecież zgody na zapomnienie. Pamiętać, czcić pamięć, przypominać można przecież nadal. Tablica powinna być udekorowana, w ważne momenty trzeba przed nią składać kwiaty i znicze. A co jakiś czas domagać się – także przy pomocy marszów milczenia, wspólnych modlitw, czy po prostu manifestacji (miasto ponoć nie może ich zakazywać, więc warto to wykorzystywać) o konieczności wyjaśnień, o obietnicy godnego upamiętnienia ofiar… To wszystko będzie także przykładem niezgodny na marginalizację, wykluczenie części społeczeństwa.

     

    2. Trzeba także odpowiedzieć na pytanie, o co toczył się ten spór, i jaki był jego charakter. Od wielu dni wciąż powracała teza, że nie był to spór religijny, a polityczny (dziś powtórzył to ks. dr Józef Kloch). Moim zdaniem taka opinia jest nieprawdziwa. Bo choć w sporze o krzyż uczestniczyli politycy (a także postaci dość paskudne) i choć rozgrywali go na swoją korzyść, to nie był to spór polityczny, ale moralny. Dotyczył on bowiem pamięci o ofiarach największej katastrofy w naszych najnowszych dziejach i obecności w sferze publicznej ludzi dotąd z niej wykluczanych. Dotyczył on zatem kwestii moralnych, a odwoływał się do symboliki krzyża, bowiem w naszej kulturze, to on jest symbolem, pod którym gromadzą się odrzuceni, dotknięci niesprawiedliwością czy pozbawieni fundamentalnych praw.

    Ludzie pod krzyżem stanęli tam bowiem przez nikogo nie proszeni. Stanęli, by bronić symbolu Krzyża, ale również pamięci o Lechu Kaczyńskim, by nie pozwolić zapomnieć o nim i o pozostałych ofiarach. Ten drugi element był często wykorzystywano do uczynienia ze sprawy rozgrywki politycznej. W istocie jednak tak nie było. Oni bronili Lecha Kaczyńskiego, bowiem on dla nich uosabiał ich własną sytuację. Sytuację ludzi wyrzuconych na margines, poniżanych (określenia, jakie stosowano wobec tych modlących się ludzi, trudno nawet na łamach pobożnej gazety wymieniać), wykluczonych. Kwiecień 2010 był dla nich czasem, gdy pokazano prawdziwe oblicze prezydenta i dowartościowano zwyczajnych ludzi. A potem wszystko miało wrócić do normy. Znów pewien typ wrażliwości, pobożności, polityczności miał być zakazany. Ale na to nie było ich zgody. Oni tam stanęli i walczyli o miejsce dla wykluczonych.

    Ten element dość szybko został zresztą przykryty przez inny, już wprost religijny. Przed Pałacem Prezydenckim pojawiły się grupy osobistych wrogów Pana Boga, których jedynym celem było sprofanować krzyż i obrazić modlących się ludzi. A na koniec zorganizowano wielką „Akcje Krzyż” przedstawianą jako happening, podczas której ludzie krzyczeli m.in. „Wybieramy Barabasza”… Takie okrzyki, choć niewierzącym może się wydawać inaczej, nie są bez znaczenia. Istnieje bowiem osoba, która jest doskonale słyszy, która nie ma poczucia humoru i wszystkie tego typu deklaracje traktuje poważnie. To wszystko pokazuje, że w tym sporze chodziło w najgłębszy sposób o religię. I nie ma przed tym ucieczki.

     

    3. Właśnie te wydarzenia, a także trwający przez wiele dni festiwal celowego obrażania chrześcijan (nie będę powtarzał tego, co już pisałem) pokazuje, że trzeba nie tylko modlić się za tych ludzi, którzy – zapewne w części owczym pędem, nie zdając sobie sprawy z ich znaczenia – takie słowa powtarzali. Ale także jest dla nas chrześcijan wielkim wezwaniem do nowej ewangelizacji, do walki o dusze, które się zagubiły, o ludzi, którzy są przekonani (błędnie powtarzając to po komunistach), że miejsce krzyża jest w kościele. I nie jest to tylko zadanie dla duchownych, ale dla nas wszystkich.

    Nie mamy już prawa zamykać się w naszych przytulnych wspólnotach, czekać na wiernych w parafiach (bo przecież zawsze ktoś przyjdzie). Trzeba odważnie iść między ludzi, iść „jak owce między wilki” i głosić – w porę i nie w porę. Być świadkami Miłości, Chrystusa, Krzyża. Opowiadać wielkie rzeczy, jakie uczynił nam Bóg na ulicach, w poczekalniach, a także tam, gdzie gromadzą się ci ludzie, którzy wrzeszczeli „Chcemy Barabasza”. Tak wiem, że mogą nas popędzić, że mogą powiedzieć, gdzieś nas mają, ale od tego, czy to zrobimy zależy przyszłość chrześcijaństwa w Polsce. A jego przyszłość jest o wiele ważniejsza niż wszystko inne, bo od tego, czy Chrystus będzie głoszony zależy życie wieczne wielu osób.

    Komentarzy: 49

  • Tablica jako pałka

    czwartek,12 sierpnia 2010,10:35

    kategoria: Polityka

    Tak się nie załatwia spraw, a już na pewno nie prowadzi dialogu. W taki sposób można, co najwyżej doprowadzić do kolejnego starcia. I obawiam się, że o to właśnie chodzi kancelarii prezydenta i samemu prezydentowi, który świetnie rozgrywa spory wokół krzyża, skutecznie ośmieszając obrońców krzyża i spychając do narożnika Prawo i Sprawiedliwość.

    Skąd tak surowa ocena? Otóż jest jasne, że gdyby prezydent i jego sztab chcieliby realnie upamiętnić Lecha Kaczyńskiego i pozostałe ofiary, a także zakończyć spór z Krakowskiego Przedmieścia, to powinien choć spróbować rozmawiać (dialog, porozumienie, zgoda – to hasła klucze PO) z przedstawicielami obrońców krzyża, ale również z Prawem i Sprawiedliwością czy z rodzinami ofiar. Nic takiego jednak się nie stało. Zamiast tego wczoraj poszedł przeciek, że tablica będzie, pani od zabytków natychmiast (wbrew wcześniejszym protestom) zatwierdziła lokalizację, a dziś już mamy tablicę.

    Co będzie dalej? Nietrudno zgadnąć. Protestujący, ale i PiS mocno ją skrytykują. A prezydent, wraz ze sprzyjającymi mu mediami, będzie ubolewał, że zrobił wszystko, co mógł, ale są fanatycy, oszołomy, szaleńcy, których nikt i nic nie jest w stanie zadowolić… Część duchownych medialnych błyskawicznie podchwyci tę śpiewkę, posłowie PO będą mówić o sekcie (a i to będzie delikatne zdanie). Dym będzie więc trwał, przynosząc zyski PO, być może konsolidując część PiS, ale na pewno szkodząc Kościołowi, krzyżowi, Polsce i obrońcom, których coraz bardziej bezpardonowo atakuje się na Krakowskim Przedmieściu.

    A wszystko dlatego, że – znowu, jak wcześniej – okazało się, że dla elit rozmowa ze zwykłymi ludźmi jest powyżej ich godności, że wolą one paternalistycznie decydować, nie rozwijając z nikim. To zaś jest wersja pozytywna dla prezydenta. Negatywna jest zaś taka, że zrobiono to celowo, aby spór dalej się toczył, i aby można było spokojnie całą winę zwalić na protestujących i PiS. Słowem rozgrywka trwa dalej. I tylko szkoda, że trwoni się przy tym kapitał ludzki, kopie się rowy i niszczy symbolikę krzyża i pamięć o ofiarach, które – o czym coraz mniej ludzi zdaje się pamiętać – były taką Polską w miniaturze.

    Komentarzy: 78

  • Gra na zwarcie

    wtorek,3 sierpnia 2010,09:46

    kategoria: Polityka

    To, co już teraz widać nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. Władze Warszawy, ale i prezydent-elekt (który nie robi nic, by przerwać żenujący spektakl zapoczątkowany jego wypowiedzią dla „Gazety Wyborczej”) robią wszystko, by doszło do zwarcia, awantury czy walki o krzyż. Kordon Straży Miejskiej, wzmocniona ochrona BOR – wszystko to nie pozostawia wątpliwości, że niestety zdecydowano się tak zagrać na emocjach osób stojących pod Pałacem Prezydenckim, by je sprowokować.

    I to w sytuacji, gdy wszyscy zdają sobie sprawę, z jak wielkimi emocjami mamy do czynienia w tej sprawie. Ludzie, którzy stoją przed Pałacem Prezydenckim są głęboko przekonani (i w tym momencie nie ma najmniejszego znaczenia, czy mają rację czy nie), że walczą o krzyż, o wiarę, o pamięć, i o Polskę. Od tygodni media przedstawiają ich jako grupkę oszołomów, którzy powinni być w psychiatryku, a autorytety oskarżają o fobie, problemy ze sobą i frustracje. A oni to słyszą i jeszcze mocniej się nakręcają. Postawienie naprzeciwko nich kordonu służb tylko te emocje wzmocni.

    Szczególnie, że wielu z ludzi, którzy teraz stoją pod Pałacem Prezydenckim pamięta czasy, gdy służby (w innych mundurach) pałowały ludzi, którzy bronili krzyża. I nie ma znaczenia, że państwo się zmieniło. Emocje nie zawsze poddają się racjonalnej analizie. A do tego racjonalności i roztropnego działania trzeba domagać się od służb, a nie od ludzi działających w wielkich grupach.

    Jeśli więc stawia się naprzeciwko tak emocjonalnie nastawionej grupy kordony, to ewidentnie prowadzi się do wzmocnienia emocji. Są tylko dwa możliwe wytłumaczenia takiego działania: albo jego autorzy są kretynami, którzy nie mają zielonego pojęcia o swojej robocie, albo ich mocodawcy chcą rozwałki i afery. I obawiam się, że niestety prawdziwa jest ta druga odpowiedź. Władzom Warszawy, ale i państwa zależy na tym, żeby coś się pod Pałacem wydarzyło, żeby komuś puściły nerwy, i by zachował się niegodnie. Dzięki temu będzie można później, przez tygodnie, z emfazą mówić o anarchii, ciemnocie, co to się przeciwstawia Kościołowi, i masie, która walczy krzyżem… Później z emfazą będzie się mówiło o anarchii, ciemnocie, co to się przeciwstawia Kościołowi, i masie, która walczy krzyżem…

    Prawda jest jednak taka, że jeśli do takich wydarzeń dojdzie, to odpowiedzialność na nie ponosić będzie prezydent-elekt, a także służby miejskie (pod wodzą prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz). To oni bowiem zamiast postawić najpierw tablicę, a później w spokoju przenieść krzyż zdecydowali się na działania na chybcika, ewidentnie w celu promowania zapomnienia. To oni także autoryzują takie, a nie inne działania służb miejskich i BOR. I narażają, dla własnego, krótkoterminowego interesu partyjnego, autorytet krzyża.

    Komentarzy: 67

  • Historia Polski dla nieekstremistów

    poniedziałek,2 sierpnia 2010,22:51

    kategoria: Kultura

    Niebezpiecznym katolickim ekstremizmem dla Kazimiery Szczuki okazało się – w czasie rozmowy w TV24 – przypomnienie prostych faktów historycznych. Uznanie, że nie byłoby Polski i Polaków bez chrzescijaństwa oznaczać miało, jej zdaniem, ma wykluczenie ateistów i innowierców. I nie ma się, co dziwić. W końcu ideolog nieodmiennie głosi, że jeśli fakty są sprzeczne z ideologią, to trzeba, jak najszybciej zmienić fakty.

    I dlatego, zainspirowany rozmową z pracownicą Polskiej Akademii Nauk, postanowiłem spisać nową (skróconą, bo już późno), nieekstremistyczną wersję historii, która nikogo nie wykluczałaby z przestrzeni debaty publicznej, i czyniła zadość tolerancji i dialogowi.
    965 – Mieszko I bierze homo-ślub z księciem Dubrawkiem z .
    966 – Mieszko I dokonuje aktu laicyzacji Polan.
    1079 – Bolesław Śmiały – odważnie demaskuje spisek klerykalny i skazuje na śmierć biskupa Stanisława, który nie podporządkował się decyzjom władzy państwowej.
    1410 – Władysław Jagiełło w imię postępu i nowoczesności dokonuje pogromu katolickich zakonników z zakonu Krzyżaków, którzy chcieli dokonać ukrzyżowania Polski i zastawić ją w całości krzyżami. Dzięki grunwaldzkiej wiktorii udało się tego uniknąć.
    1655-1660 – potop szwedzki. Odważni żołnierze postępu z socjaldemokratycznej Szwecji przybywają na ratunek polskim postępowcom, których gnębi homofobiczna i czarnosiecinna junta pod wodzą Jana Kazimierza.
    1791 – Sejm Rzeczpospolitej uchwala Konstytucję, która rozpoczyna się od słów: "W imię przyszłości ludu i postępu ustanawiamy tę konstytucję".
    itd. itp.
    Nieźle mi idzie. Problem w tym, że ta wersja naszej historii jest nieprawdziwa. I choć moja opinia trąci o ekstremizm, to ze szczerym żalem muszę uznać, że prawdziwej wersji historii, i roli w niej chrześcijaństwa, nie jest w stanie zmienić nawet Kazimiera Szczuka!

    Komentarzy: 32

  • «‹ wcześniejsze

O Autorze

Tomasz Terlikowski

Tomasz Terlikowski

doktor filozofii, publicysta, redaktor naczelny portalu Fronda.pl, wykładowca, a przede wszystkim ojciec czwórki dzieci (na razie)

Kategorie

  • Kultura

  • Pro life

  • Wiadomości

  • Kościół

  • Polityka

  • Fronda

  • Modlitwa

  • Rodzina

  • Religia

  • Ogólne

Archiwum

  • wrzesień 2010

  • sierpień 2010

  • lipiec 2010

  • czerwiec 2010

  • maj 2010

  • kwiecień 2010

  • marzec 2010

  • luty 2010

  • styczeń 2010

  • grudzień 2009

  • listopad 2009

  • październik 2009

  • wrzesień 2009

  • sierpień 2009

  • lipiec 2009

Popularne

  • Panie Bartoś, odczep się Pan od Kościoła

    30 sierpnia 2010

  • Módlmy się za arcybiskupa Gądeckiego

    18 czerwca 2010

  • Na spokojnie słów kilka

    24 maja 2010

  • Święto na cały rok

    28 maja 2010

  • Gdzie jesteśmy?

    3 czerwca 2010

Copyright © 1994-2010 Fronda. Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone

Dołącz do Klubu Fronda.pl

Zamknij

Reklama w portalu Fronda.pl

Skontaktuj się z nami! Za pomocą poniższego formularza możesz wysłać do nas zapytanie odnośnie reklamy w portalu Fronda.pl. Zapoznaj się także z innymi formami wspierania portalu.

Zamknij

Skontaktuj się z redakcją portalu Fronda.pl

Zamknij