Zbiórka podpisów rozpoczęła się 27 stycznia. Choć przepisy przewidują aż 60 dni na zebranie wymaganej liczby podpisów, organizatorzy zakończyli akcję znacznie szybciej. Dokumenty zostały przekazane do krakowskiej delegatury Krajowego Biura Wyborczego, które ma teraz 30 dni na ich weryfikację.
Jeżeli podpisy zostaną uznane za prawidłowe, komisarz wyborczy wyznaczy termin referendum. Według wstępnych informacji głosowanie mogłoby odbyć się 17 lub 24 maja.
Do całej sprawy odniósł się sam prezydent Krakowa Aleksander Miszalski. W mediach społecznościowych zapewnił, że z szacunkiem podchodzi do inicjatywy referendalnej i dostrzega niezadowolenie części mieszkańców.
„Szanuję ideę referendum. Wiem, że część mieszkańców nie jest zadowolona z wdrożonych przez nas decyzji lub z tempa zmian. Rozumiem ich niezadowolenie i wyciągam z tego wnioski” – napisał Aleksander Miszalski.
Jednocześnie prezydent zaznaczył, że kluczowa będzie frekwencja podczas ewentualnego głosowania.
„Dla mnie ważniejsze od liczby podpisów pod wnioskiem o referendum jest to, jak dużo osób weźmie w nim udział w dniu głosowania. Dołożę wszelkich starań, aby mieszkańcy Krakowa dali mi szansę dokończyć kadencję” – podkreślił.
Sukces zbiórki podpisów pokazuje jednak, że wśród części krakowian narasta frustracja wobec działań władz miasta. Krytycy prezydenta podkreślają, że choć Miszalski deklaruje wyciąganie wniosków, to jednocześnie nie zapowiada wycofania się z najbardziej kontrowersyjnych i wprost szkodliwych decyzji. Na czym więc ma polegać „wyciąganie wniosków”?
W ocenie wielu Krakowian taka postawa obecnego prezydenta miasta może być odbierana jako przejaw politycznej buty – przyznanie, że mieszkańcy są niezadowoleni, ale bez realnej gotowości do zmiany kursu.
