Lata 90-te pod względem prezesowania w TVP – wówczas największej i najsilniejszej telewizji – można podzielić na trzy etapy. Pierwszy okres to lata 1989-1993, kiedy to kolejni prezesi – Andrzej Drawicz, a po nim Marian Terlecki i Andrzej Zaorski, z króciutkim epizodem prezesury Zbigniewa Romaszewskiego, mieli z jednej strony zdekomunizować molocha na warszawskiej ulicy Woronicza, ale z drugiej strony podlegali premierowi jako de facto urzędnicy wyznaczani przez Prezesa Rady Ministrów. Pierwszym prezesem TVP, którego wyłaniała Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji był Wiesław Walendziak.
Niecałe trzy lata rządów Walendziaka w latach 1994-1996 były pierwszym okresem w telewizji publicznej, w którym pojawił się jako taki pluralizm poglądów. Po raz pierwszy także publicyści o wrażliwości konserwatywnej mogli tam mieć swoje programy. Telewizja Walendziaka była solą w oku zarówno obozu lewicowego jak, i liberalnego, na czele z „Gazetą Wyborczą”. W końcu koalicja nominatów UW i SLD wraz z PSL w KRRiT dopięła swego i wysadziła z siodła Wiesława Walendziaka we wrześniu 1996.
Pierwszym po Walendziaku prezesem TVP został Ryszard Miazek. Dość prymitywny aparatczyk peeselowski, którego zasługą było -jak sam to podkreślał - wyrzucenie z telewizji wszystkich autorów kojarzonych z prawicą. Jednak prezesura Miazka uznana została w obozie postkomunistów z Sojuszu Lewicy Demokratycznej za rozwiązanie tymczasowe. Tak naprawdę obóz „sierot po PRL” czekał na moment, w którym będzie mógł postawić na czele TVP kogoś z własnego centrum kierowniczego. I możliwości do takiej zamiany pojawiły się wiosną 1998 roku. Wybrany zostaje 26 czerwca 1998 roku nowy zarząd TVP S.A. W pięcioosobowym zarządzie dwa miejsca dostali ludzie z SLD – Robert Kwiatkowski i Jarosław Pachowski, PSL reprezentowali Marian Zalewski i Tomasz Skoczek i wreszcie człowiekiem zaufania Unii Wolności był Walter Chełstowski. Szybko wytworzyła się koalicja dwóch członków rady z SLD oraz jednego z UW i ta większość wyniosła do prezesury właśnie Roberta Kwiatkowskiego.
Nowy prezes należał – można powiedzieć – do rodziny z arystokracji ekipy generała Wojciecha Jaruzelskiego. Był synem pułkownika Stanisława Kwiatkowskiego, który stanął na czele Centrum Badania Opinii Społecznej. Ten ośrodek badawczy powstał 3 września 1982 roku uchwałą rady ministrów PRL. Plotki głosiły, że stało się to m.in. dzięki staraniom Jerzego Urbana, który przekonał ówczesny rząd do takich nieznanych wcześniej w PRL eksperymentów. Chodziło o to, aby powstała placówka badawcza, która będzie naprawdę rzetelnie badała nastroje społeczne bez jakiegokolwiek upiększania wyników. Urban trafnie wskazywał, że nie można programować skutecznej propagandy, jeśli się samemu nie wie co ludzie naprawdę myślą. Wcześniej wszelkie badania służyły propagandowym tezom o społeczeństwie, które uwielbia swoją władzę.
Młody Robert Kwiatkowski wyrastał więc w domu, przez który przewijała się cała elita ekipy Jaruzelskiego. W latach 80-tych podjął studia w Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Pod względem politycznym był wzorowym spadkobiercą idei swojego ojca – został działaczem komunistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich i od razu wykorzystał swoje członkostwo do kariery międzynarodowej. Jako członek władz krajowych ZSP został reprezentantem tej organizacji w European Student Information Bureau (ESIP). W 1985 roku wstąpił do Polskiej Zjednoczonej partii Robotniczej. Gdy PRL się rozsypał, wykorzystał swoje międzynarodowe kontakty do przejścia do biznesu. W 1992 roku został dyrektorem w filii niemieckiej agencji reklamowej E/B/D Interpartners. Ale komunistyczna SLD pamiętała też, aby wykorzystać go do budowania swoich wpływów w mediach. I to właśnie z ramienia Sojuszu w 1993 roku został członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. Ale swoje talenty medialno-socjotechniczne w największym stopniu wykazał w trakcie kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 roku. Poznał tam wtedy sprowadzonego z Zachodu przez postkomunistów Francuza Jacquesa Séguél’ę, który był wówczas jednym z najlepszych speców w wygrywaniu kampanii wyborczej na całym Zachodzie. Nagrodą za bardzo duży wkład w zwycięstwo Kwaśniewskiego był wybór Kwiatkowskiego do Krajowej Rady Radiofonii, gdzie zastąpił on Marka Siwca, który z racji objęcia funkcji szefa Kancelarii RP musiał opuścić Radę. Przez kolejne dwa lata Kwiatkowski pilnował interesów medialnych SLD, a w 1998 roku opuścił Radę, aby wejść do zarządu Telewizji i zostać prezesem na Woronicza.
Bardzo charakterystyczne było, jak wybór Kwiatkowskiego przyjęły media liberalne, które wcześniej były niezwykle wyczulone na jakiekolwiek upolitycznianie mediów w epoce prezesury Walendziaka. Na łamach tygodnika „Polityka” Piotr Sarzyński pisał: „Wbrew poniekąd zrozumiałym lamentom prawicy nowy zarząd rokuje całkiem nieźle. (...) Lekkim optymizmem napawa także fakt, iż tym razem – bo w przeszłości bywało różnie – do zarządu weszli ludzie mające o telewizji pojęcie”. Zdanie Sarzyńskiego było doskonałą ilustracją lansowanego wówczas w pismach postkomunistycznych dogmatu, że ludzie z SLD to „fachowcy”, którzy odebrali telewizję z rąk „pampersów”, czyli grupy osób o konserwatywnych wartościach, którzy przedstawiani byli jako pomieszanie fanatyzmu z brakiem profesjonalizmu. Nowy prezes Robert Kwiatkowski w jednej z pierwszych wypowiedzi po wyborze przypomniał słowa pierwszego niekomunistycznego prezesa TVP Andrzeja Drawicza, że „przekraczając próg budynku na Woronicza trzeba poglądy polityczne zostawić za drzwiami”.
Było to oczywiście propagandowe zaklęcie, bo bardzo szybko okazało się, że kluczowe stanowiska objęły stare wygi z telewizji z epoki PRL. Dyrektorem programu I TVP został Sławomir Zieliński, wychowanek „Teleexpresu” - programu informacyjnego, którego redakcja nazywana była złośliwie „dziećmi Główczyka” od nazwiska Jana Główczyka, sekretarza KC PZPR w latach 1982-1988. Główczyk na zlecenie Jaruzelskiego otrzymał za zadanie wprowadzenie do ówczesnej TVP lżejszych formatów, które tworzyliby młodzi, wyposażeni w odgórną koncesję na pewien zakres luzu i młodzieżowego stylu. Z kolei osobą odpowiedzialną w zarządzie TVP za strategie programowe został Andrzej Kwiatkowski, formalnie dyrektor Biura Polityki i Koordynacji Programowej. Kwiatkowski także był weteranem TVP z epoki Jaruzelskiego, który po krótkim okresie rządów Walendziaka wrócił triumfalnie na wysokie stanowiska na Woronicza.
Symbolem usługowej roli ówczesnych komunistów, którzy znajdowali się wtedy w opozycji wobec będącej u władzy koalicji Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności, był wtedy znamienny incydent. 6 stycznia 1999 do programu publicystycznego „W centrum uwagi” został zaproszony ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Stępień, który miał wystąpić w programie razem z liderem SLD Leszkiem Millerem. Kiedy wiceminister przybył do gmachu telewizji dowiedział się, że Miller nie zgadza się na jego udział w programie. Co więcej, weto Millera zaakceptował dziennikarz prowadzący program, który uznał, że w tej sytuacji poprowadzi program jedynie z liderem postokomunistów. Ten absolutny skandal pokazywał jak bardzo byli członkowie PZPR uważali wtedy telewizję na Woronicza za swój prywatny folwark. Roberta Kwiatkowskiego zmiecie dopiero afera Rywina, ale dojdzie do tego w 2004 roku.
