W przededniu Niedzieli Wielkanocnej metropolita krakowski udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”, w którym był pytany m.in. o „narzucanie prawdy”.
- „(…) gdy chodzi o rozumienie prawd moralnych, każdy może mieć inne. W tej kwestii różnorodność jest możliwa”
- stwierdził purpurat.
Kard. Ryś odniósł się też do burzy, jaką wywołało ogłoszenie listu KEP z okazji 40. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Największy niepokój katolików wzbudziło zacytowane przez polskich biskupów zdanie z dokumentu watykańskiej Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem: „nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą”. Zdanie to przywołano bez następującego po nim w tym dokumencie nauczania na temat jedyności zbawczej Chrystusa oraz bez jakiegokolwiek komentarza i wyjaśnienia. Do tych wątpliwości hierarcha nie zechciał się jednak odnieść.
- „Paweł Lisicki napisał, że...”
- rozpoczęła prowadzącą rozmowę red. Małgorzata Skowrońska.
- „Tak, wiem, że list był heretycki. Ale nie dam się wprowadzić na tę minę”
- przerwał jej kard. Ryś.
- „W tym liście nie ma ani jednego słowa, które byłoby heretyckie. Przypomnieliśmy tylko to, czego Kościół naucza od 60 lat”
- dodał.
Dalej red. Skowrońska stwierdziła, iż „okazało się jednak, że jest cała rzesza ludzi, którzy identyfikują się jako katolicy, ale kwestionują to, co napisaliście w tym liście - że antysemityzm jest śmiertelnym deficytem miłości”. Manipulacja tkwi w tym, że to nie kwestia antysemityzmu była poruszana przez większość krytyków listu, a kwestia rzucenia cienia na prawdę o jedyności zbawczej Jezusa Chrystusa właśnie. Na tę manipulację hierarcha jednak nie zareagował.
- „Mam w sobie smutek podwójny. Pierwszy jest taki, że to nasza, biskupów, wina. Nas i naszego Kościoła. Boję się, że budujemy – choćby przez zaniedbanie – jakiś równoległy do powszechnego Kościół. A to znak, że oficjalna nauka do wiernych nie dotarła. Widzę, że to także efekt procesów, jakie narastają w całej Europie. Ale to nie jest wytłumaczenie”
- odpowiedział.
Odniósł się też do kwestii czasu publikacji listu, który pojawił się miesiąc po ataku USA i Izraela na Iran.
- „Przecież to oczywiste, że list nie był powodowany aktualną sytuacją wojenną, ale przełomowym wydarzeniem sprzed 40 lat. Timing jest taki, jaki jest. Arcybiskup krakowski Karol Wojtyła poszedł do synagogi na Kazimierzu w najgorszym możliwym czasie, czyli w 1969 roku. Wobec fali antysemityzmu, jaka przelała się wtedy przez Polskę, nie kalkulował, jak jego gest będzie odebrany”
- mówił.
