W jego opisie nie ma miejsca na półcienie: jeśli ktoś nie chce „umrzeć pod czerwonym butem”, pozostaje ucieczka. Skala exodusu ma być porażająca – „8 lub 10 milionów rodaków” miało opuścić ojczyznę. To nie jest akademicka diagnoza, tylko świadectwo gniewu wobec tych, którzy – czytamy – bronią reżimu lub atakują Stany Zjednoczone, ignorując realne cierpienie ludzi.

Bartnik sięga po analogię historyczną, by uderzyć w sumienia europejskich krytyków. Przypomina, że „od zaprowadzenia w Polsce komunizmu w 1944 roku do 1970 roku minęło też 26 lat”, po czym proponuje wyobrażenie graniczne: „wyobraź sobie, że w ostatnim roku jego rządów Gomułki nie zastępuje Gierek, ale amerykański desant wywozi go za Ocean, aby sądzić kanalię” – za zbrodnie wojenne, powojenne i za lata władzy, „w tym za masakrę na Wybrzeżu”. W tej wizji Ameryka „obiecuje Polakom pomoc w wymieceniu kraju z sowieckiego syfu”, a weterani – „żołnierze spod Monte Cassino, czołgiści Maczka i lotnicy z Bitwy o Anglii” – „szykują się do powrotu do Ojczyzny”.

Autor nie unika ostrych słów ani nazw własnych. Pisze o „zbrodniarzach stalinowskich”, o „czerwonej hołocie”, o popłochu i ucieczce „za Bug”. Ta narracja ma wstrząsnąć czytelnikiem i postawić pytanie o elementarną empatię. Bo jeśli – jak pisze Bartnik – w tamtych okolicznościach „błogosławiłbyś Amerykę i każdego jej mieszkańca z osobna”, to dlaczego dziś „uważasz, że Wenezuelczyk nie ma prawa do radości” z perspektywy końca opresji? To sedno polemiki: prawo narodu do ulgi i nadziei nie powinno zależeć od geopolitycznych sympatii obserwatora.