Słowa te padły w momencie, gdy część państw europejskich zapowiedziała symboliczne wzmocnienie obecności wojskowej na Grenlandii. Chodzi o niewielkie kontyngenty, liczące od kilku do kilkunastu żołnierzy, których zadaniem ma być demonstracja solidarności z Danią. Trump skomentował te działania pogardliwie, twierdząc wcześniej, że duńska obrona wyspy sprowadza się do „dwóch psich zaprzęgów”.
Biały Dom jasno dał do zrozumienia, że europejskie gesty nie wpłyną na amerykańskie kalkulacje. Administracja Trumpa podkreśla, że Grenlandia ma kluczowe znaczenie strategiczne – zarówno ze względu na położenie w Arktyce, jak i na potencjalne zasoby surowców oraz rywalizację z Rosją i Chinami w regionie polarnym.
Co istotne, entuzjazm wobec tych planów jest w samych Stanach Zjednoczonych ograniczony. Z sondażu Reuters/Ipsos wynika, że jedynie 17 proc. Amerykanów popiera ideę przejęcia Grenlandii, a zaledwie co dziesiąty badany uważa, że USA powinny w tym celu użyć siły militarnej.
Dodatkowe kontrowersje wzbudziła wypowiedź Trumpa dla „New York Timesa”, w której zasugerował, że Stany Zjednoczone mogą zostać zmuszone do wyboru między Grenlandią a NATO. Eksperci ds. bezpieczeństwa nie mają wątpliwości: ewentualna interwencja USA przeciwko Danii oznaczałaby faktyczny koniec Sojuszu Północnoatlantyckiego w jego dotychczasowej formule.
Grenlandia, zamieszkana przez około 57 tys. Osób. Na wyspie funkcjonuje już amerykańska baza lotnicza Pituffik (dawniej Thule), najdalej na północ wysunięta instalacja wojskowa USA.
