Mariusz Paszko, Fronda.pl: Panie Ministrze, umowa z Mercosur wraca mimo masowych protestów rolników w zasadzie w całej Europie. Czy Pana zdaniem to projekt handlowy, czy decyzja polityczna podejmowana kosztem europejskiego i polskiego rolnictwa?

Jan Krzysztof Ardanowski: To jest niewątpliwie decyzja polityczna i to bardzo brzemienna w skutki. Co więcej, jest to decyzja wymuszona przez polityków niemieckich. Argument Niemców jest dość prosty i brutalnie szczery: ta umowa ma pozwolić ruszyć z miejsca gospodarkę niemiecką, która znajduje się dziś w stanie recesji.

Niemcy zakładają, że obszar Ameryki Południowej — region stosunkowo biedny, słabo doinwestowany, co potwierdzają różne wskaźniki ekonomiczne — stanie się swoistym Eldorado dla niemieckiego przemysłu. Najczęściej mówi się o samochodach, ale w rzeczywistości dotyczy to całego spektrum produktów przemysłowych. W niemieckim myśleniu Mercosur ma być kołem ratunkowym dla ich gospodarki.

Kanclerz Merz na ostatnim posiedzeniu Rady Europejskiej powiedział wprost, że jeśli umowa Mercosur nie zostanie zawarta, Niemcy mogą ograniczyć albo wręcz wstrzymać wpłaty do budżetu unijnego, na który wiele państw wciąż naiwnie liczy. To była forma nacisku politycznego. Dlatego nie mam wątpliwości: to projekt stricte polityczny, podporządkowany interesom przemysłu — przede wszystkim niemieckiego, ale również w pewnym zakresie francuskiego i włoskiego.

Konsekwencją tego eksportu wyrobów przemysłowych z Europy do Ameryki Południowej ma być import żywności z krajów Mercosur na rynek europejski. W pierwszych latach w niewielkim stopniu ograniczony kwotami, a potem już praktycznie bez żadnych barier. Komisja Europejska w ten sposób lekceważy, a de facto niszczy wspólną politykę rolną — jedno z największych osiągnięć wspólnot europejskich.

To właśnie wspólna polityka rolna stworzyła najnowocześniejsze rolnictwo na świecie: wydajne, konkurencyjne, o wysokich standardach jakości i bezpieczeństwa. Dziś to rolnictwo ma zostać złożone na ołtarzu ratowania gospodarki niemieckiej.

Jakie skutki umowa Mercosur będzie miała dla polskich gospodarstw, zwłaszcza w produkcji mięsa, cukru, drobiu, ale też w innych sektorach?

Problem jest fundamentalny. Kraje Mercosur to ogromna przestrzeń rolnicza — jedna z najważniejszych na świecie. Kilka stref klimatycznych, możliwość prowadzenia upraw i zbiorów nawet trzy razy w roku w niektórych regionach. A przede wszystkim: produkują dokładnie to, co jest kluczowe dla Europy i dla Polski.

Gdyby chodziło o import produktów, których w naszym klimacie nie da się wytwarzać — kawy, yerba mate, bananów, cytrusów — nikt nie miałby zastrzeżeń. Chcemy przecież korzystać z dóbr całego świata. Ale Mercosur uderza w produkcje podstawowe, w których Polska jest silna.

Pierwszy przykład to drób. Brazylia jest światowym liderem. Mięso drobiowe z Brazylii w bardzo krótkim czasie może doprowadzić do załamania, a w konsekwencji upadku polskiego drobiarstwa. Polska zajmuje dziś trzecie miejsce na świecie w produkcji drobiu, ale tej konkurencji nie wytrzyma.

Drugi przykład to wołowina. Polska miała realną szansę rozwoju hodowli bydła mięsnego, m.in. po to, by wykorzystać trwałe użytki zielone — około dwóch milionów hektarów. Mogły one stanowić bazę paszową także dla odbudowy hodowli owiec czy kóz w typie rzeźnym. Konkurencja z Brazylii i Argentyny — zwłaszcza w zakresie najcenniejszych elementów tuszy, takich jak polędwica, rostbef czy antrykot — zniszczy opłacalność tej produkcji.

Do tego dochodzi cukier trzcinowy z Ameryki Południowej, o połowę tańszy od cukru buraczanego. Chemicznie to ta sama sacharoza, ale uprawa buraków cukrowych w Europie może w najbliższych latach po prostu zaniknąć. Należy podkreślić, że burak to nie tylko cukier — to kluczowy element płodozmianu, bardzo ważny dla struktury upraw w Polsce.

Mówimy też o masowym imporcie genetycznie modyfikowanej soi. Argentyna, Paragwaj, Urugwaj — to są ogromne uprawy. Wszystko to razem stanowi potężne uderzenie w rolnictwo europejskie.

Komisja Europejska zapewnia, że istnieją mechanizmy kontroli i tzw. klauzule lustrzane. Czy one realnie zadziałają?

To są po prostu obietnice bez pokrycia. Milionów ton żywności nie da się skutecznie skontrolować na granicach Unii. To niewykonalne.

Nawet gdyby — ogromnym kosztem — rozbudować inspekcje i laboratoria, to i tak można badać tylko pozostałości substancji dopuszczonych w Europie. Tymczasem w Ameryce Południowej stosuje się środki chemiczne dawno w UE wycofane, nota bene produkowane m.in. w Niemczech lub nawozy z Rosji i stamtąd eksportowane. Laboratoria nie mają nawet sprzętu do ich wykrywania.

Drugi element bezpieczeństwa żywności w Europie to kontrola samego procesu produkcji: rejestry zabiegów, leczenia zwierząt, karencji przy pestycydach, dobrostanu. Tego nie da się kontrolować w Ameryce Południowej. Zresztą tamtejsi politycy stwierdzają wprost, że nie zamierzają dostosowywać się do europejskiego prawa żywnościowego. „To są wasze przepisy — stosujcie je u siebie” - mówią.

Jeśli ktoś twierdzi, że istnieją skuteczne metody kontroli, to albo nie rozumie, o czym mówi, albo świadomie wprowadza opinię publiczną w błąd.

Rolnicy protestują dziś w całej Europie. Czy to chwilowy bunt, czy głęboki kryzys?

To jest wyrok śmierci wydany na europejskie rolnictwo rodzinne. Rolnicy nie ustaną, bo wiedzą, że chodzi o ich przyszłość.

Wspólna polityka rolna, ustanowiona w traktatach rzymskich, opierała się na podstawowych filarach: samowystarczalności żywnościowej, produkcji w gospodarstwach rodzinnych oraz godziwym dochodzie rolników przy rozsądnych cenach dla konsumentów. To działało przez dekady.

Dziś ten model jest systemowo rozbijany. Bankrutować będą gospodarstwa inwestujące, nowoczesne. Ziemię przejmą banki i fundusze. Rolnicy to widzą i dlatego protestują — w Paryżu, Berlinie, Warszawie.

Jak Pan ocenia postawę obecnego polskiego rządu w tej sprawie?

Obecny rząd Donalda Tuska nie broni interesów polskich rolników. Zajmuje się propagandą. Finalne decyzje zapadły w latach 2024–2025. Wcześniej byłem jednym z głównych przeciwników Mercosur w Europie i było to oficjalne stanowisko rządu, prezentowane przeze mnie, jako ministra rolnictwa, choć zdarzały się niemądre wypowiedzi polityków np. Wojciechowskiego, czy Czaputowicza.

Dziś słyszymy próby przerzucania odpowiedzialności. To nieprawda. Jeśli obecny rząd rzeczywiście był przeciwny, powinien pokazać konkretne działania: noty dyplomatyczne, rozmowy, presję polityczną. Nic takiego jednak nie miało miejsca.

Te zapewnienia są oczywistą farsą. Umowa służy gospodarce niemieckiej. I to tłumaczy wszystko.

Uprzejmie dziękuję Panie Ministrze za rozmowę.