O liście KEP słyszeli już chyba wszyscy. Nie ma wątpliwości, że inicjatywa wyszła od obecnego metropolity Krakowa, kardynała Grzegorza Rysia. Hierarcha zapowiadał taki tekst już kilka miesięcy temu. Koniecznie chciał upamiętnić 40. rocznicę odwiedzin Jana Pawła II w rzymskiej synagodze.
Nota bene, sam kardynał Ryś jest znany ze swoich sympatii do judaizmu; ale pozostaje tajemnicą, w w jaki sposób przekonał do swojego pomysłu większość biskupów. List był przecież głosowany na zebraniu plenarnym KEP i musiał zyskać większość. Można tylko podejrzewać, że biskupi nie chcieli narażać się wpływowemu kardynałowi, który ma kontakty w Watykanie – w dodatku w tak wrażliwej społecznie kwestii, jak problematyka żydowska.
Tekst listu wzbudził powszechne oburzenie. Po pierwsze, szok wywołała data jego publikacji. O rocznicy odwiedzin synagogi przez Jana Pawła II nie słyszał przecież niemal nikt, za to wszyscy słyszeli o wojnie, jaką Izrael wywołał na Bliskim Wschodzie. Chociaż list KEP nie mówi nic na temat państwa Izrael, w przypadku Żydów kwestie religijne i polityczne zawsze się zazębiają. Trudno zatem jedno od drugiego w pełni oddzielić. W powszechnym odbiorze społecznym list stał się głosem poparcia dla chrześcijańskiego syjonizmu, czyli protestanckiej herezji, która stanowi zaplecze ideologiczne amerykańskiego zaangażowania w wojnę.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że list nie został pomyślany w tym kluczu - kardynał Ryś planował go jeszcze na długo przed wybuchem wojny. Biskupom zabrakło po prostu elementarnej roztropności, zrozumienia społecznych konsekwencji publikowania tego tekstu akurat dzisiaj.
Zostawmy jednak politykę i spójrzmy na doktrynę. List KEP zawiera w tym obszarze absolutnie skandaliczne wyrażenia. Najpoważniejszym problemem jest stwierdzenie, jakoby Izrael był nadal narodem wybranym. To myślenie w kluczu etnicznym czy rasowym, kompletnie obce chrześcijaństwu. Nowy Testament i cała Tradycja Kościoła stwierdzają jednoznacznie, że Boże wybraństwo nie ma charakteru plemiennego. Członkami Ludu Boga są ci, którzy odpowiadają na Boże wezwanie, a to oznacza wiarę w Jezusa Chrystusa.
Jest prawdą, że Pan Bóg nie odwołał swojego przymierza z Izraelitami - ale jest również prawdą, że znaczna część Izraelitów zdradziła i w tej zdradzie trwa, nie chcąc przyjąć Mesjasza, Jezusa Chrystusa.
Innymi słowy: Żydzi są zaproszeni do zbawienia, dokładnie tak jak wszyscy inni ludzie. Z perspektywy Jezusa Chrystusa nie ma już znaczenia, czy ktoś jest Żydem, Amerykaninem, Polakiem, Niemcem czy Afrykaninem. Znaczenie ma tylko jedno: wiara.
Dlatego właśnie ci, którzy stają w obronie listu KEP, muszą dokonywać niezwykle karkołomnych zabiegów. Sprzeczności zawarte w tym liście ukazuje nawet... nauczanie II Soboru Watykańskiego.
Vaticanum II, idąc w pełni za katolicką Tradycją, mówi bardzo jasno o Kościele katolickim jako Nowym Izraelu („Lumen gentium”) oraz jako o Nowym Ludzie Bożym („Nostra aetate”). Sobór niczego nie wymyślił: użył po prostu zwykłych dla Kościoła terminów, który zawsze widział siebie jako przestrzeń wypełnienia Bożych obietnic. W końcu Jezus Chrystus jest Bogiem! Nie ma żadnego przymierza poza Zbawicielem. Bóg dlatego się wcielił, żeby ofiarować siebie ludziom. Kto przyjmuje tę ofiarę i wierzy w Chrystusa, wchodzi w przestrzeń zbawienia. Kto w pełni świadomie jej nie przyjmuje i nie wierzy, ten stawia się poza tą przestrzenią.
Przykładem swoistej gimnastyki intelektualnej są wpisy Tomasza Terlikowskiego. Autor zarzucił najpierw krytykom listu KEP antysemityzm i nieznajomość nauczania Kościoła katolickiego.
Odpowiedziałem na te zarzuty krótko i prosto. Po pierwsze, stwierdziłem, krytyka listu KEP nie ma nic wspólnego z miłością albo niechęcią do Żydów. Można być zagorzałym filosemitą, kochać żydowską kulturę i przyjaźnić się z Żydami - ale zarazem stwierdzić, że obiektywnie list KEP przeczy nauce Kościoła. Po drugie, wskazałem jasno na wspomniane wyżej wypowiedzi soborowe. Tych wypowiedzi nie da się zlekceważyć. To po prostu nauka Kościoła.
Tomasz Terlikowski w kolejnym wpisie stwierdził, że taka optyka to uproszczenie, bo nauczanie Kościoła od II Soboru Watykańskiego cały czas się rozwija i list KEP miałby właśnie oddawać temu sprawiedliwość.
Problem w tym, że... tak nie jest. Z jednej strony mamy dwutysiącletnią Tradycję Kościoła - wypowiedzi autorów Nowego Testamentu, Ojców i Doktorów, papieży i soborów, w tym ostatniego soboru. To nauka uroczysta, zdogmatyzowana i jednoznaczna. Z drugiej strony mamy do czynienia z... no właśnie, z czym? Tak naprawdę… z niczym, ponieważ w zbiorze oficjalnych i autorytatywnych wypowiedzi Kościoła katolickiego, nawet ostatnich dziesięcioleci, po prostu nie ma (sic!) takich stwierdzeń, które przypisywałyby współczesnym Żydom status narodu wybranego.
Dlatego list KEP nie opiera się dosłownie na niczym; poza chciejstwem, wyobrażeniami albo ideologią.
Jest prawdą, że w Kościele katolickim pojawiła się refleksja nad własnym stosunkiem do Żydów. Niektórzy uważają, że niektóre tendencje obecne w łonie katolicyzmu skutkowały antysemityzmem. Odpowiedzią na rozpoznanie takiego problemu byłaby po prostu zmiana języka – z twardego na bardziej łagodny. Zmiana języka nie musi jednak – nie może! – oznaczać zmiany fundamentalnych treści doktrynalnych.
Tradycji, która wyraża obiektywną prawdę o Kościele katolickim jako Nowym Izraelu, po prostu nie da się zmienić.
Dlatego powtarzam: wbrew temu, co pisze Tomasz Terlikowski i inni autorzy, można mieć dużą sympatię do Żydów, a jednocześnie uważać, że list KEP jest obiektywnie błędny.
Jego ortodoksji nie da się obronić. Ten list to przejaw lekkomyślnej pseudo-teologii, a nie prezentacja rzetelnej nauki Kościoła, który miłuje wszystkich ludzi: Żydów i nie-Żydów bez żadnej różnicy.
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl
