Akcja wywołująca wrażenie, że największym filantropem w Polsce, finansującym służbę zdrowia, wyręczając państwo, jest założyciel WOŚP.

Orkiestra grająca na emocjach przegrzała się. „Wpłacamy na małe brzuszki” oraz na nieznane nam cele. Tym razem jednak niepisany obowiązek udziału w komercyjnej zabawie wzbudził u wielu osób dystans i sprzeciw.

Dla sceptyków orkiestry to każdego roku stres związany z przymusem zaopatrzenia się w czerwone serca i paradowania w nich po ulicach.

Jej założyciel daleko odszedł, wręcz odjechał, od idei, od której rozpoczął swoją akcję. Sprawnie zdywersyfikował działania fundacji, oplótł ją siecią spółek, o czym z pewnością pojęcia nie mieli i nie mają młodzi wolontariusze zbierający datki, ani hojne staruszki o otwartych sercach na krzywdę dzieci.

Dyrygent i bohater orkiestry doprawdy odjechał w ogóle, brawurowo wspierając jedną stronę polityczną w kampanii wyborczej. W tym zapale doceniony przez premiera nie zauważył własnej przeceny, choć nadano mu status osoby nietykalnej. Świadczy o tym prześladowanie i żenujący proces emerytki, która go nie polubiła i wyraziła to w mediach internetowych literackim skądinąd cytatem, za co została skazana na więzienie w zawieszeniu. Niebezpieczny to precedens kneblujący usta i wolność słowa. Co innego, gdyby krzyczała na ulicy „wy… j”…

By podtrzymać temperaturę, WOŚP wpada na coraz bardziej brawurowe pomysły. Choć w tym roku zauważalnie mniej wolontariuszy na ulicach, w zamian za to zaangażowano  w akcję duży bank oraz  wielkie sieci handlowe. Już kilka tygodni wcześniej trwał tam zmasowany atak orkiestry na klientów. Przeciętnego Kowalskiego wkurzał publiczny szantaż emocjonalny, ów przymus opowiadania się przy płatności kartą: „ zielony” czy „czerwony”? „Zielony” to koszt od 1 do 5 zł, „czerwony” - gest odwagi cywilnej i asertywności. Nachalność drażniła i pobudzała do refleksji, im bliżej finału tym większe zmęczenie ciągłym nagabywaniem. Zaprzyjaźnione stacje telewizyjne niestrudzenie prowadziły marketing orkiestrze.  Wychwalały imprezę zespoły muzyczne pracujące przy projekcie Owsiaka. Niezależne media powstrzymały się od komentarzy, co finalnie było komentarzem.

Sceptyków orkiestry przybywa im bardziej odczuwa się jej przymus . Co roku coś trafia do naszych szpitali i dzięki temu nie pytamy organizatorów o dokładne rozliczenia, nie tylko nie wypada, ale dociekliwe pytanie grozi penalizacją.

Mobilizacja finansowa na rzecz orkiestry w wielu samorządach i instytucjach nie wszystkim przypada do gustu.

Zabawa, licytacje coraz bardziej zadziwiające, nawet zawstydzające. Rozradowani celebryci, zachęceni kręceniem beki w latach poprzednich, coraz śmielej dworują sobie, wystawiając używane fatałaszki niczym relikwie. Najbogatsi znani sportowcy licytują   gadżety, ręczniki i koszulki wielokrotnego użycia. Lansując siebie, lansują orkiestrę.  Można więc spełnić marzenie o „nocowance” z młodą aktorką, zawrzeć przydatną znajomość podczas wygranych wakacji z miliarderami, też filantropami, zjeść obiad z weteranką „Solidarności”, wypić kawę w altanie z funkcjonariuszką samorządu albo spędzić dzień z premierem w jego kancelarii. Wyższej rangi urzędniczki fotografują się w gminnym domu pomocy społecznej ze 107. letnią pensjonariuszką z przypiętym czerwonym sercem.

Coraz mniejszy wstyd oprzeć się orkiestrze prywatnie, wyczerpaniu ulega potencjał bałamucenia. Poprawność polityczna i biznesowa wciąż jednak każe się mieć na baczności.

 Wciskam na „czerwono”!