Decyzję ogłosiła Federalna Służba Bezpieczeństwa, która twierdzi, że dyplomata prowadził działalność sprzeczną z jego oficjalnym statusem. Sprawa natychmiast trafiła na poziom dyplomatyczny. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało brytyjską chargé d’affaires Danae Dholakia, aby wręczyć jej formalny protest.

W oficjalnym komunikacie rosyjskie MSZ podkreśliło, że Moskwa „nie będzie tolerować działalności nieujawnionych brytyjskich oficerów wywiadu” i zapowiedziało zdecydowaną, „lustrzaną” reakcję w przypadku dalszych kroków Londynu. Przed siedzibą resortu doszło także do demonstracji – protestujący skandowali antybrytyjskie hasła w chwili przyjazdu przedstawicielki ambasady.

Wynika to z gwałtownego pogorszenia się relacji Rosji z państwami zachodnimi po rozpoczęciu wojny na Ukrainie. Kreml regularnie oskarża CIA, MI6 oraz francuską DGSE o intensyfikację działań szpiegowskich, werbowanie obywateli Rosji i operacje destabilizacyjne.

Z kolei zachodnie służby odpowiadają zarzutami wobec rosyjskich struktur: FSB, SVR oraz GRU. Według nich to Moskwa stoi za serią cyberataków, aktów sabotażu i operacji wpływu prowadzonych w Europie. Na rosyjski trop grudniowych cyberataków w Polsce wskazywał niedawno premier Polski.

Choć podobne wydalenia dyplomatów nie są niczym nowym, obecna decyzja Kremla pokazuje, że wojna wywiadów między Rosją a Zachodem wchodzi w kolejną, coraz bardziej otwartą fazę – z widocznym ryzykiem dalszej eskalacji politycznej.