W rezultacie moja Babcia wraz z Rodzicami podróżowała przed I wojną światową na trasie kolejowej Berdiańsk – Wilno kilkanaście razy w roku. Połączenia były takie, że trzeba było przesiadać się w Kijowie.

Z opowiadań mojej Babci pamiętam, że rozkład pociągów był ułożony tak, że Babcia wraz z Rodzicami przyjeżdżała z Berdiańska do Kijowa wczesnym przedpołudniem, a wyczekiwany całonocny pociąg do Wilna odjeżdżał dopiero o 23.00.

Chcąc nie chcąc trzeba było spędzić w ówczesnej metropolii nad Dnieprem cały dzień. Jeśli akurat dzień podróży przypadał na niedzielę, to moja Babcia wraz z Rodzicami szła na mszę do katolickiego kościoła Św. Mikołaja. Ta świątynia była dumą polskich Kijowian i wybudowana została głównie z polskich składek przy ówczesnej ulicy Wielkiej Wasylkowskiej. Dla mojej Babci ta neogotycka – jak ją uparcie nazywała – katedra, była czymś niewiarygodnie imponującym. Trudno dziwić się tym wrażeniom ośmioletniej dziewczynki, bo podobne odczucia ma wielu turystów wkraczając do paryskiej katedry Notre Dame czy do katedry kolońskiej.

Pozwolenie na budowę kościoła wyjednał oraz wydatnie przyczynił się do jej budowy Władysław Michał Pius hrabia Branicki – wielki właściciel ziemski posiadający na dalekiej Ukrainie gigantyczne dobra stawiszczańskie. Był on carskim rojalistą i otrzymał nawet tytuł kamerjunkiera dworu carskiego. Mając taki tytuł łatwiej było mu wybłagać Mikołaja II o wybudowanie strzelistej neogotyckiej świątyni.

Babcia z kolei opowiedziała mi, że jej Rodzice mówili, że Branicki chciał w ten sposób osłabić hańbę jaka okrywało nazwisko jego rodu z racji zaprzaństwa Branickich w epoce rozbiorów Polski.

Świątynię ukończono w 1909 roku i wtedy poświęcił ją biskup pomocniczy archidiecezji mohylewskiej Kazimierz Ruszkiewicz. Pierwszy proboszcz kościoła pw. Św. Mikołaja ks. Józef Jan Żmigrodzki witał na progu tej świątyni 9 maja 1920 roku    polskich oficerów i żołnierzy, którzy zdobyli wtedy Kijów, jak to wtedy mówiono „szlakiem Chrobrego”.

Bolszewicy nie zapomnieli tego proboszczowi i w 1930 roku został przez sąd bolszewicki został skazany na siedem lat obozu pracy. Przeżył tylko pięć lat i odszedł w opinii świętości wykończony głodem i ciężką pracą - w 1935 roku w obozie na Wyspach Sołowieckich.

Wreszcie kościół ostatecznie zamknięto 21 marca 1938 roku i zorganizowano w nim magazyn. W wilgoci i chłodzie niszczały przepiękne freski, które ozdabiały tę ukochana przez polskich Kijowian świątynię.

Kościół zwrócono częściowo katolikom dopiero w 1991 roku, ale władze Ukrainy z uporem nie zgadzały się na przekazanie całości świątyni wiernym. Dopiero po śmierci Stalina władze zatroszczyły się o niszczejące wnętrza i rozpoczęto ratowanie malowideł, które mocno ucierpiały w epoce, gdy świątynia była zwykłym magazynem.

W 1978 roku ogłoszono, że będzie to kijowski dom muzyki organowej i kameralnej. I nawet po upadku komunizmu ministerstwo kultury i władze Kijowa trwały w uporze chęci utrzymania kościoła w charakterze sali koncertowej. Jedyne ustępstwo polegało na tym, że raz w tygodniu w kościele odbywały się trzy kolejne nabożeństwa w języku rosyjskim, litewskim i polskim.

I teraz dopiero w styczniu 2026 roku ministerstwo kultury Ukrainy wreszcie przekazało teren kościoła parafii rzymsko-katolickiej. Ale nawet i teraz pozostały resztki jakiegoś propaństwowego uporu, bo świątynia została oddana do bezpłatnego użytkowania jedynie na okres 50 lat i budynek formalnie pozostaje nadal własnością państwa.

Gdy dowiedziałem się, że kijowscy katolicy, w dużej mierze Polacy, ale także i Litwini, Łotysze i Niemcy odzyskali świątynię, pomyślałem, że moja Babcia gdzieś w zaświatach zapewne się uśmiechnęła. W końcu był to pierwszy tak duży kościół, z którym wiązały się jej wspomnienia. A i ja, ilekroć los rzucał mnie nad Dniepr z chęcią zaglądałem na ulicę Wielką Wasylkowską pomodlić się u Św. Mikołaja.

Piotr Semka