Pierwszą falą burzliwych deszczów zostały ogarnięte Austria i Czechy. Tereny południowo-zachodniej Polski fala burzliwych opadów objęła 3 lipca i fatalna pogoda trwała przez kolejne siedem dni aż do 10 lipca 1997 roku. Wystąpiła z brzegów Nysa Kłodzka, Prudnik, Złoty Potok i co najważniejsze – największa rzeka Dolnego Śląska Odra. Najpierw Odra wylała w okolicach Raciborza, potem ogarnęła Opole, kolejno Wodzisław Śląski i Racibórz. Wojsko było zmuszone do ewakuowania rekordowej liczby 14 tysięcy osób. 10 lipca fala powodziowa zalała sporą część Opola. Między Opolem a Brzegiem powódź zasilona została przez nadmiar wody z Nysy Kłodzkiej. I wreszcie mega fala powodziowa szacowana na 6 metrów dotarła do Wrocławia 12 lipca.
W dolnośląskiej metropolii sytuacja była wyjątkowo niedobra z racji faktu, że masa wody zaatakowała miasto zarówno ze strony rzeki Ślęży, jak i Odry. Jako jedna z pierwszych została zalana dzielnica Kozanów, która pełni rolę blokowiska – „sypialni Wrocławia”. Ale dość szybko niszczący żywioł zaatakował tak ważne dla miasta punkty jak: Archiwum Sądowe, Filharmonia Wrocławska, Teatr Polski oraz Akademia Muzyczna. Dramatyczna akcja ratowania zbiorów zaczęła się w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Pojawiły się też obawy przed zagrożeniem epidemiologicznym, które pojawiło się wraz z zalaniem wysypiska śmieci na Maślicach, czemu towarzyszyło równolegle unieruchomienie stacji uzdatniania wody we Wrocławiu.
Katastrofa zszokowała mieszkańców miasta. Czegoś podobnego nie było wcześniej od czasu dwóch katastrofalnych powodzi na początku XX wieku w 1903 i 1905 roku. Potem władze pruskie chcąc zapobiec powtórce kataklizmu wybudowały system wrocławskiego węzła wodnego złożonego z 93 wałów, 11 jazów, 10 śluz żeglugowych i licznych kanałów przeciwpowodziowych. Ten system zabezpieczeń szczęśliwie przetrwał II wojnę światową i oblężenie Wrocławia w 1945 oku. Sprawdził się w czasie wylewów Odry w 1975 i 1985 roku. Teraz jednak doszło do kumulacji fal uderzeniowych z więcej niż jednej rzeki i system zabezpieczeń przestał działać.
Całą sytuacja była ważną próbą dla prezydenta miasta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego. Dochodziło niekiedy do incydentów, w których interes całości miasta zderzał się z interesem partykularnym mieszkańców poszczególnych miejscowości. W Jeszkowicch i Włanach duże grupy mieszkańców zablokowały przygotowania do wysadzenia wałów w celu rozlania fali uderzeniowej po okolicznych polach. W końcu nie doszło do założenia ładunków wybuchowych przez saperów a wicewojewoda odwołał wysadzanie wałów. Potem akcję próbowano przeprowadzić z helikopterów, ale zrzucane z powietrza ładunki miały zbyt słabą siłę, aby rozsadzić wały. Potem próbowano rozładować nastroje poprzez rozdawanie podpisanych przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza weksli in blanco mających zadośćuczynić stratom w razie zniszczenia wsi. To również nie uspokoiło nastrojów i do wysadzenia wałów ostatecznie nie doszło.
Od 9 lipca Wrocław zaczyna przypominać miasto w stanie oblężenia. Władze apelują do mieszkańców o poczynienie przygotowań na wypadek kataklizmu. Zaleca się gromadzenie zapasów wody, kupowanie świec i butli gazowych. Zaczyna się paniczne wykupowanie towarów w sklepach spożywczych i supermarketach. We Wrocławiu w tym czasie szacuje się że ułożono od 300 do 480 tysięcy worków z piaskiem. W najbardziej zagrożonych rejonach miasta wyróżniali się ochotnicy, którzy bardzo często z racji zamieszkiwania w okolicy bardzo trafnie wybierali zagrożone wodą odcinki. 11 lipca pęka wał przeciwpowodziowy w Siechnicach, co powoduje, że fala powodziowa rusza na centrum Wrocławia. Mieszkańcy ogromnej części miasta muszą poruszać się za pomocą łodzi i kajaków a żywność i wodę dostarczają wojskowe śmigłowce, które zrzucają paczki z żywnością i zaopatrzeniem na dachy budynków lub spuszczają je na linach. 12 lipca to dzień zalania centrum miasta. Okolice ulicy Kościuszki, ulicy Komuny Paryskiej i Traugutta zostają zalane aż do ulicy Piłsudskiego i Dworca Głównego we Wrocławiu. Dramatyczną akcję ratowania zwierząt prowadzą pracownicy wrocławskiego ZOO. Jako ciekawostkę można podać że zginęło tylko jedno zwierzę – była to zebra, którą wystraszył warkot śmigłowców.
Negatywnym bohaterem tamtych dni był premier Włodzimierz Cimoszewicz, który stał na czele gabinetu złożonego z polityków postkomunistycznej Socjaldemokracji RP oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ogromne oburzenie wywołała rzucona mimochodem przez Cimoszewicza uwaga w trakcie wizytacji jednego z zalanych terenów: „trzeba było się ubezpieczyć”. Z tego powodu na jednym z wałów ułożonych z worków wbito szyderczy transparent. Na czerwonym tle nawiązującym do komunistycznej symboliki wymalowano napis: „Barykada im. Włodzimierza Cimoszewicza”.
16 lipca woda zaczęła odpływać ze śródmieścia. Jednak 25 lipca do Wrocławia dotarła druga fala powodziowa, tym razem zalewając już jedynie Siechnice. Do wrocławskiej legendy przeszła akcja ratowania zbiorów muzeów oraz biblioteki Ossolineum i licznych innych zbiorów bibliotecznych wrocławskich wyższych uczelni. Przez około 10 dni miasto żyło w warunkach stanu klęski żywiołowej. Do wrocławskiej legendy przeszła msza w kościele przy ul. Wittiga, w trakcie której proboszcz powiedział, że ważniejsza od nabożeństwa jest bezpośrednia akcja: „Pomodlić możemy się kiedy indziej, teraz zabierzcie łopaty i gumowe buty i idźcie ratować ZOO”. Prezydent Bogdan Zdrojewski sam wspominał już po zakończeniu powodzi, że Wrocławianie potrafili go zaskakiwać swoją zdolnością do samoorganizacji. Wielu najstarszych Wrocławian pamiętających z osobistego doświadczenia pierwsze dni Powstania Warszawskiego mrowiło, że oglądając ofiarność szczególnie młodego pokolenia przypomniała sobie pierwsze dni warszawskiego zrywu. Bardzo wiele pozytywnych ocen zebrała też lokalna prywatna telewizja dolnośląska, która przez cały czas katastrofy wypełniła rolę koordynatora akcji ratunkowej w o wiele lepszym stopniu niż oficjalna TVP Wrocław.
Politycznym skutkiem powodzi była fala krytyki po adresem rządzącej wówczas koalicji postkomunistów z ludowcami. Jej efektem była prestiżowa wygrana w wyborach 21 września bloku Akcja Wyborcza Solidarność. Włodzimierz Cimoszewicz musiał pożegnać się z władzą, zapisując się w pamięci jako przykład politycznej arogancji i zadufania.
