Ponieważ jednak nie jest w stanie zaproponować ani własnym obywatelom, ani narodom podporządkowanym rozwoju i dobrobytu, to z czasem przejada posiadane zasoby, wyrzuca je w błoto na zbrojenia i utrzymanie aparatu siłowego… i się rozpada. Po czym, nie wyciągając z tego żadnych wniosków, po kilku dekadach historia zaczyna swój ruch na nowo.

Polacy niestety z własnej historii znają, jak to działa, bo to koło kilkakrotnie przetoczyło się przez nasze terytorium i to polski naród zawsze płacił wysoką cenę za rosyjskie ambicje imperialne. Dziś jesteśmy w lepszej sytuacji, bo rosyjskie koło, zamiast zagrażać zmiażdżeniem Warszawy, utknęło w błocie ukraińskich czarnoziemów. Ale nadal jesteśmy zagrożeni i już ponosimy koszt rosyjskiej polityki, zmuszeni wydawać 5% na zakup uzbrojenia zamiast zadbać o lepszy stan zdrowia naszych emerytów czy lepsze szkolnictwo dla naszych dzieci. Czy więc jesteśmy skazani na ciągłe powtarzanie się tego procesu, czy być może da się w jakiś sposób z nim zerwać?

Pokonanie Rosji przez zewnętrznego aktora jest trudne do zrealizowania — to jest prawda. Nawet gdyby wybuchła wojna z NATO, to trudno oczekiwać, żeby but polskiego czy francuskiego żołnierza stanął na Kremlu bez zaryzykowania wojną jądrową. Ale należy zadać sobie pytanie, czy to jest w ogóle potrzebne i co mamy na myśli, mówiąc o pokonaniu Rosji.

Nie potrzebujemy rosyjskich miast zrównanych z ziemią i zniszczenia Rosji. Hitler zniszczył znaczną część tego kraju i niczego nie osiągnął. Rosjanie są twardzi w obronie, a Polska czy jakiekolwiek inne zachodnie państwo nie szuka na wschodzie „Lebensraumu”, pomimo że rosyjska propaganda dokładnie tak sytuację dziś prezentuje swoim obywatelom.

Zasadniczo to błędne koło imperialne przede wszystkim nie pozwala rozwijać się samym Rosjanom. Środki kumulowane przez wiele dekad, będące skutkiem ciężkiej pracy całych pokoleń, rosyjskie kierownictwo raz za razem bezsensownie spala w próbie odbudowy imperium. Więc pokonanie Rosji nie oznacza dla nas ani jej zniszczenia, ani próby podporządkowania. Musimy dążyć do pokonania samej idei Rosji imperialnej w głowach obywateli tego kraju. Musimy tę ideę zdyskredytować i udowodnić Rosjanom, że nie stać ich już na posiadanie imperium. Musimy zmusić Rosjan do redefinicji własnej tożsamości z imperialnej na narodową czy jakąkolwiek inną, którą sami sobie wybiorą, poza tą, która przewiduje agresję i kontrolę nad narodami sąsiadującymi z nimi.

No a jak można tego dokonać? Pokonując Rosję na polu bitwy. Rosja ma ponieść wyraźną porażkę militarną albo przynajmniej nie może osiągnąć sukcesu, co samo w sobie jest dla państwa o takich ambicjach porażką. Bo zwycięstwo czy porażka nie liczą się w kilometrach kwadratowych zajętego terytorium, tylko oblicza się je w stosunku do stawianych przez atakującego celów. Im większe cele deklarujesz, tym większy jest koszt braku ich osiągnięcia podczas wojny.

Państwom zachodnim położonym daleko od Rosji zasadniczo jest wszystko jedno. One tylko czekają na moment, kiedy Rosja spali posiadane zasoby, by usiąść z nią do stołu i wrócić do status quo sprzed wojny.

Dla nas jednak, dla państw naszego regionu, tego typu sytuacja oznaczać będzie tylko odwleczenie kolejnego starcia o kolejne parę lat. Zasadnicze pytanie, które musimy sobie stawiać: czy nas stać dzisiaj na powiedzenie stanowczego NIE Rosji, żeby raz i na zawsze odmówić Rosjanom posiadania strefy wpływów w naszym regionie czy prawa decydowania o losie jej sąsiadów. Jeżeli nas nie stać, to błędne koło historii znów może się przetoczyć przez Polskę i za względny spokój zapłacimy swoją suwerennością, jak to było już nieraz w historii.

Jeżeli zaś uważamy, że mamy siły, by się sprzeciwiać, bo jesteśmy w lepszej pozycji dziś niż kiedykolwiek w historii i mamy wokół siebie inne silne państwa gotowe się Rosji przeciwstawiać, to jest możliwe, że zapłacimy cenę krwi i naszego dobrobytu. Bo nic dla Rosji nie jest tak drażniące jak kraj odmawiający jej statusu mocarstwowego. Ale za to mamy szansę na realne pokonanie Rosji imperialnej jako konceptu i złamanie tego błędnego koła. I do tego nie potrzebujemy opanowywać Kremla — jedyne, czego potrzebujemy, to całkowitej porażki rosyjskich prób odbudowy imperium.

Mikołaj Susujew