Pierwsze posiedzenie gremium ma odbyć się 19 lutego w stolicy USA. Według zapowiedzi organizatorów weźmie w nim udział co najmniej 20 państw, a Polska została zaproszona w charakterze obserwatora. Do Waszyngtonu ma udać się prezydencki minister i szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz.

W rozmowie z Radiem Zet Leszek Miller ocenił, że jeśli rząd uważa, iż decyzja powinna mieć formalny charakter, konieczna jest uchwała Rady Ministrów. – Słowo premiera to za mało – stwierdził, sugerując, że brak pisemnej decyzji może być próbą uniknięcia jednoznacznego stanowiska. Były premier przyznał też rację prezydentowi Karolowi Nawrockiemu w sporze kompetencyjnym, wskazując, że jeśli mowa o decyzji rządu, powinna ona przybrać formę uchwały.

Miller określił inicjatywę jako „kaprys Donalda Trumpa”, ale jednocześnie zaznaczył, że może on okazać się korzystny z punktu widzenia interesów międzynarodowych. Jego zdaniem obecność – choćby w roli obserwatora – pozwala Polsce zachować dostęp do informacji i nie zamykać sobie drzwi do dalszego udziału w pracach Rady.

Były szef rządu podkreślił również znaczenie relacji transatlantyckich. – Trzeba wybierać Amerykę, niezależnie od zastrzeżeń – mówił, argumentując, że alternatywy dla strategicznego partnerstwa z USA w kwestiach bezpieczeństwa nie ma.

Odniósł się także do napięć na linii Warszawa–Waszyngton po decyzji ambasadora USA Thomasa Rose’a o zerwaniu kontaktów z marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym. W ocenie Millera dyplomata miał prawo do takiej decyzji, działając w ramach swoich instrukcji i nie ingerował w wewnętrzne sprawy Polski.