Zmiany w rozkładach są poważne. Część autobusów – w tym linie 160, 171, 196 czy 225 – zostanie całkowicie zawieszona, a wiele innych kursować będzie rzadziej lub na skróconych trasach. Tramwaje także pojawią się rzadziej na ulicach stolicy – w godzinach szczytu ich częstotliwość spadnie nawet o kilka minut. To oznacza wydłużony czas oczekiwania na przystankach w temperaturach regularnie spadających poniżej zera, nawet do minus 14/15 stopni.
Urzędnicy tłumaczą te ruchy „feryjną organizacją komunikacji” oraz mniejszym ruchem „pasażerów uczniowskich”. To jednak bardzo zimna kalkulacja wobec realiów życia setek tysięcy warszawiaków. Wiele osób pracuje zawodowo także w trakcie ferii – służby medyczne, transport, handel czy logistyka nie „zawieszają” swojej działalności. Przy obecnych mrozach i ograniczonej liczbie kursów komunikacji publicznej ludzie zmuszeni są szukać alternatyw: chodzić pieszo na dłuższe dystanse, korzystać z drogich taksówek lub zatłoczonego carpoolingu.
To nie pierwszy raz, kiedy stołeczny transport jest „optymalizowany” kosztem pasażerów. Krytycy tych decyzji zwracają uwagę, że redukcja kursów tramwajów i autobusów w mroźnych warunkach to podejście nie tylko niefortunne, ale wręcz nieodpowiedzialne.
Stołeczny ratusz musi w końcu zrozumieć, że transport miejski to nie tylko infrastruktura przyszłości, lecz serce codziennego życia mieszkańców. Redukcja kursów w czasie mrozów brzmi jak decyzja podjęta za biurkami – bez kontaktu z realiami zwykłych dojazdów do pracy.
