Rezolucja jednak nie określa szczegółów jak konkretnie ta Rada ma wyglądać i dotyczy wyłącznie kwestii związanych z konfliktem izraelsko-palestyńskim. Natomiast prezydent USA zdecydował wykorzystać tę sytuację dla utworzenia kontrolowanej przez siebie nowej organizacji międzynarodowej alternatywnej w dużej mierze dla ONZ. Przy czym kontrolowanej w tym wypadku w dosłownym znaczeniu tego słowa, ponieważ Donald Trump jest dożywotnim przewodniczącym Rady i ma kontrolować specjalny fundusz Rady, do którego każdy kraj chętny zostać stałym członkiem Rady musi wpłacić 1 mld dolarów USA. W przeciwnym wypadku może być jedynie tymczasowym jej członkiem do 3 lat. Zarząd Rady Pokoju składać się będzie z najbliższych Trumpowi pracowników jego administracji, Marka Rubio, Steve'a Witkoffa czy Jareda Kushnera.
Zaproszenie do przystąpienia do Rady otrzymali przywódcy 60 państw. Wśród nich znalazły się przywódcy europejscy, prezydent Ukrainy, prezydenci Rosji i Białorusi, jak również i przywódcy dużych państw Azji i Ameryki Południowej. Duża część tych państw nie śpieszy się z odpowiedzią na zaproszenie. Wielu przywódców europejskich odmówiło przystąpienia do nowej organizacji, chociaż źródłem tych informacji głównie są media. Mało natomiast państw zdecydowało się na oficjalne odrzucenie propozycji Trumpa. Oficjalnie odmówił przystąpienia prezydent Ukrainy powołując na to, że nie może siedzieć przy jednym stole z Putinem i Łukaszenką dopóki toczy się wojna i będzie chętny przystąpić do organizacji po jej zakończeniu. Natomiast prezydent USA odwołał zaproszenie dla Kanady po wystąpieniu premiera tego kraju na forum w Davos, gdzie Mark Karney wezwał kraje o średnim potencjale do zjednoczenia wysiłków w celu przeciwdziałania i obrony własnych interesów przed roszczeniami światowych mocarstw. Donald Trump postanowił ukarać Karneya sugerując, że podobne deklaracje kanadyjskiego premiera nie sprzyjają stabilności i pokojowi w świecie.
Polska znalazła się w trudnej sytuacji. Z jednej strony prezydent Nawrocki wielokrotnie wypowiadał się o Rosji i jej przywódcy w bardzo ostrych słowach wyrażając poparcie dla ukraińskiej walki w obronie swojego państwa przed Rosją. Z drugiej strony przykład Kanady pokazuje, jak łatwo jest się narazić prezydentowi USA i biorąc pod uwagę dobre osobiste stosunki, które udało się wybudować wcześniej prezydentowi Nawrockiemu z Donaldem Trumpem, jak również i wagę USA dla kwestii bezpieczeństwa Polski, prezydent RP nie mógł wprost odmówić przystąpienia do Rady. Dlatego Polska zachowuje się wstrzemięźliwie. To jest jedna z tych rzadko spotykanych sytuacji, w której rząd i prezydent pochodzący z różnych obozów politycznych dopełniają siebie nawzajem.
Prezydent RP Polska deklaruje chęć przystąpienia do Rady Pokoju, ale jego Kancelaria powołuje się na procedury konstytucyjne mówiące, iż nie jest to możliwe bez poparcia rządu i parlamentu. Jednocześnie rząd wskazuje, że nie ma w budżecie państwa wolnego miliarda dolarów, żeby wpłacić do funduszu Rady.
To jest paradoksalna sytuacja, w której tradycyjne podziały naszej sceny politycznej służą interesom państwa. Ponieważ prezydent Polski w ten sposób może uniknąć udziału w tej organizacji obok takich państw jak Rosja czy Białoruś powołując się na niechęć rządu. Poza tym w mediach polskich pojawiły się plotki dotyczące leżącej na stole opcji rezerwowej, w której prezydent Nawrocki sugerował złożenie propozycji USA o stałej obecności US Army w Polsce w zamian za przystąpienie do Rady Pokoju. Sądzę, że taka obecność mogłaby być przedstawiona przez prezydenta Nawrockiego jako ważny argument zdolny przekonać niechętny parlament i rząd Polski do wyrażenia zgody. Jeżeli te informacje by się potwierdziły należy przyznać, że jest to całkiem sprawna gra w obronie interesów państwa.
Mikołaj Susujew
