Przede wszystkim trzeba zrozumieć sens tego co się wydarzyło. USA nałożyła cła na wszystkie kraje świata z wyjątkiem kilku państw takich jak Rosja. To, że Donald Trump jest zwolennikiem protekcjonizmu w polityce handlowej wiadomo było od dawna. Wszyscy eksperci zakładali, iż będzie aktywnie korzystał z tego narzędzia w walce ze swoimi konkurentami przede wszystkim po to by wymusić na nich bardziej korzystne warunki w stosunkach gospodarczych i handlowych. Jednak czym innym jest wykorzystanie polityki celnej do walki ze swoimi rywalami i dla wzmocnienia swoich pozycji w handlu z największymi partnerami, a zupełnie czym innym jest wprowadzenie cel na wszystkie kraje tego globu. Ten ruch pokazuje raczej, iż jest to deklaracja zamiaru zmiany całego dotychczasowego układu światowej gospodarki. USA wywracają stolik zamiast usiąść i zagrać z partnerami w nową grę z mocniejszymi kartami w ręku. Potwierdza to też metoda, według której te cła zostały wprowadzone. Za tymi liczbami nie stoi przemyślana głęboka strategia i matematyka. Podstawą obliczenia tych stawek był po prostu deficyt handlowy USA z poszczególnymi krajami w połączeniu z wartością eksportu tych państw do Stanów. Bez wdawania się w szczegóły jaka jest struktura tego handlu i inne detale. Nawet te kraje, które więcej kupują od USA niż sprzedają (takie jak na przykład Ukraina) nadal otrzymały stawkę minimalną, czyli 10%. Oczywiście Stany Zjednoczone mogą jak najbardziej wykorzystywać argument cel w negocjacjach z innymi państwami i regulować te stawki w ramach podpisania kolejnych umów handlowych z nimi. Tym niemniej forma w jakiej USA wprowadziły te cła nie oznacza jedynie próby wzmocnienia swojej pozycji negocjacyjnej lecz właśnie dążeniem do obalenia całego ustalonego wcześniej układu w handlu światowym. Układu, który paradoksalnie przecież został stworzony przez same Stany Zjednoczone i narzucony innym państwom. USA po drugiej wojnie światowej stały się gwarantem tego układu, chronionego przez dominacje US Navy na oceanie światowym. Ameryka w ten sposób deklaruje, iż stary świat już nie istnieje i rola Stanów Zjednoczonych na zawsze się zmieniła. Kraj ten rujnuje światowy handel, a co za tym idzie, nie zamierzają już nic nikomu w ramach tego nieistniejącego systemu już gwarantować. Zamiast tego USA zamierzają dbać o swój wąsko pojmowany interes narodowy i układać bilateralne stosunki z poszczególnymi graczami. Uniwersalny globalny świat oparty o reguły przestaje istnieć. 

Nie oznacza to jednak, iż Donald Trump na pewno osiągnie sukces w swoich dążeniach do przywrócenia "wielkości USA". Prezydent tego kraju jawnie sugeruje powrót do czasów sprzed Drugiej Wojny Światowej, w których USA były odizolowaną od innych potęgą z samowystarczalną gospodarką i potężnym technologicznie zaawansowanym przemysłem. Problem polega na tym, iż w tej chwili USA już są zupełnie innym krajem, innym społeczeństwem i inna gospodarką. Podstawą dotychczasowej potęgi Stanów była przede wszystkim rozbudowana sieć wpływów i sojuszy tego kraju. Za gwarancjami, które dawała obecność USA w poszczególnych częściach świata szły preferencje ekonomiczne i przede wszystkim dominacja dolara jako waluty światowej. Tak ostre i szybkie działania nowej administracji, które burzą jednoznacznie podstawy starego układu mogą w zbyt szybkim tempie doprowadzić do załamania tych filarów na których stały USA. Jednocześnie zbudowanie nowej amerykańskiej gospodarki, jej reindustrializacja są procesami długotrwałymi, wymagającymi czasu i długotrwałej stałej polityki państwa wspierającej ten proces. Nie jest przesądzone, że ta polityka odniesie sukces i jeżeli odniesie to pozostaje pytaniem jaka będzie skala tego sukcesu. Reindustrializacja w starym stylu z powrotem do USA przemysłu starej generacji jest jak gdyby próbą powrotu tego kraju do przeszłości, co wątpliwe jest by się udało. Nie da się konkurować pod tym względem z rozwijającymi się krajami takimi jak Indie i inne kraje azjatyckie, które mają po prostu nieporównywalnie niższe koszty produkcji i o wiele lepszą sytuację demograficzną. Przemysł wymaga kompetencji, odpowiedniej ilości wyszkolonej kadry, której USA mogą po prostu już nie mieć i którą nie wiadomo czy uda się przyciągnąć zewnątrz biorąc pod uwagę niechęć wyborców MAGA do migrantów. Pod tym względem powrót do Stanów Zjednoczonych z końca XIX i początku XX wieku może być zwyczajnie iluzją. O wiele więcej sensu miałoby inwestowanie w nowy przemysł i nowe technologie i obejście swoich rywali na nowym etapie rozwoju światowej gospodarki. Nowy przemysł może już nie wymagać po prostu tej kadry i zastąpić ją inwestycjami w automatyzację i systemy AI, podczas gdy obecna administracja wydaje się wybierać zupełnie inną drogę umownego "powrotu do dawnej świetności", który próbuje zrobić za koszt swoich byłych sojuszników i partnerów. 

Takie podejście jest groźne z innego powodu. USA mogą przeceniać swoje siły i zamiast lepszych warunków w długotrwałej perspektywie uzyskać sytuację, w której jej wczorajsi sojusznicy zaczną współpracować z wczorajszymi wrogami USA dla przeciwdziałania temu państwu. W takich krajach jak Wietnam, Filipiny czy Tajwan wprowadzeniem drakońskich cel USA wzmacniają te siły polityczne które opowiadają się za ścisłą współpracą z Chinami i oddaleniem się od USA. Odchodzenie od dolara jako światowej waluty wcześniej było tylko pustym hasłem głoszonym przez niektóre kraje wyrzucone poza ten system światowego handlu. Teraz Stany Zjednoczone same dają swoim rywalom argumenty do ręki, by w długotrwałej perspektywie uruchomić mechanizmy, które mają doprowadzić do upadku potęgi dolara. I być może to nawet jest częścią wizji samej amerykańskiej administracji, pytanie tylko, czy te ostre konsekwencje amerykańskiej polityki celnej, które mogą wystąpić już w perspektywie kolejnych miesięcy i lat nie będą tak dotkliwe, że cała ta strategia przebudowy upadnie zanim zdąży dać jakiś odczuwalny dla zwykłego obywatela pozytywny efekt. Czy możliwa recesja i wysoka inflacja nie przekreśli planów Donalda Trumpa. Bo zawsze trzeba pamiętać, że przecież jego wyborcy głosowali na Donalda Trumpa przede wszystkim oczekując poprawy warunków życia dla nich samych tu i teraz, a nie za efemerycznymi planami przebudowy struktury gospodarki, które być może jeżeli odniosą sukces - dadzą pozytywny efekt za kilka lat.